Nie pytała już o róże.
Nie włączała już radia, żeby posłuchać starych piosenek Charlesa Treneta.
Czasami siadała twarzą do ściany, jakby próbując przypomnieć sobie coś ważnego, zanim umknie.
Pewnego wieczoru wzięła Nadine za rękę.
Jej głos był tak słaby, że niemal szeptem.
„Jeśli coś mi się stanie… nie pozwól, żeby mnie za wcześnie pochowali”.
e.
Nadine poczuła, jak krew w żyłach jej gęstnieje.
„Proszę tego nie mówić, Madame Madeleine”.
Ale staruszka zacisnęła palce z siłą, która nie wydawała się już ludzka.
„Ta kobieta mnie zabija”.
Słowa zawisły w powietrzu.
Ciężkie.
Nieodwracalne.
Nadine płakała cicho w łazience.
Chciała iść na policję.
Chciała krzyczeć.
Chciała zadzwonić do Adriena i potrząsać nim, aż zerwie mu opaskę z oczu.
Ale Camille kontrolowała dom.
Grafik.
Rozmowy telefoniczne.
Wizyty.
Nawet leki.
A Adrien, zakochany i zaślepiony, wciąż wierzył, że poślubił idealną kobietę.
Do tego popołudnia.
Wrócił do domu wcześniej niż się spodziewał.
Kontrakt zostawiony w biurze zmusił go do powrotu przed ważnym spotkaniem.
Wszedł niezapowiedziany.
W domu było zbyt cicho.