Była jednocześnie zimna i spocona.
„Mamo…”
Pani Madeleine poświęciła chwilę, by spojrzeć mu w oczy.
Kiedy w końcu go rozpoznała…
Nagle coś pękło na jej twarzy.
To nie była ulga.
To było wyczerpanie.
Wyczerpanie kobiety, która zbyt długo walczyła samotnie.
„Mówiłam ci… kilka razy… że coś jest nie tak” – wyszeptała.
Te słowa uderzyły Adriena niczym tona cegieł.
Bo to była prawda.
Były znaki.
Drobne.
Niezręczne.
Uporczywe.
Matka, która mówiła mu, że zupa ma gorzki smak.
Matka, która przysięgała, że Camille bawiła się swoimi lekami.
Matka, która powtarzała, że z każdym dniem czuje się gorzej.
I on.
Zawsze udzielając jej tej samej odpowiedzi.
„Jesteś zmęczona, mamo.
Nie bądź niesprawiedliwa wobec Camille.
Ona się tobą opiekuje”.
W tym momencie Adrien poczuł do siebie nienawiść z jasnością, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał.
Wstał tak szybko, że krzesło za nim upadło.
Camille po raz pierwszy przestała wyglądać nieskazitelnie.
Nie dlatego, że miała potargane włosy.