Nie ze strachem.
Z gniewem.
Z zimnym, czystym, cierpliwym gniewem, który zdawał się czekać tygodniami na okazję, by wybuchnąć.
„Ty, ty bądź cicho.”
„Nie” – powiedziała Nadine drżąc. – „Już nie. Nie mogę.”
Adrien spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy.
„Nadine… mów.”
Camille podeszła bliżej.
„Nie uwierzysz zdenerwowanej pracownicy bardziej niż swojej żonie, prawda?”
„Mów” – powtórzył Adrien, nie patrząc na Camille.
Nadine otarła policzki grzbietem dłoni.
Jej słowa były chaotyczne, urywane, ale jednak wyszły.
Opowiedziała o kroplach.
Dziwny smak ziołowych herbatek.
Tabletki w zmienionych butelkach.
Chwile, kiedy Madame Madeleine traciła przytomność zaraz po jedzeniu.
Mdłości.
Głęboki sen.
Osłabienie, które zawsze pojawiało się po posiłkach przygotowywanych przez Camille.
Każde zdanie było ciosem.
Każde wspomnienie było ostrzem.
Adrien słuchał bez ruchu.
Tylko jego szczęka się poruszała.
Jakby coś mocno w sobie zgrzytał.
„Od kiedy?” – zapytał w końcu.
Nadine spuściła wzrok, zawstydzona.
„Tygodnie… może miesiące”.
Cisza, która zapadła, była nie do zniesienia.
Adrien zamknął na chwilę oczy.
Potem podszedł do matki.
Uklęknął obok niej.
Dotknął jej czoła.