Kostki jej palców były białe.
Jej oddech był płytki.
Jej wzrok przeskakiwał z butelki na zupę.
Z zupy na matkę.
Od matki do Nadine, która płakała jak ktoś, kto zbyt długo połykał ogień.
Pani Madeleine próbowała przemówić.
Nie mogła.
Wydała tylko z siebie ochrypły jęk i położyła rękę na brzuchu.
Adrien zrobił krok naprzód.
„Co to jest?”
Camille spojrzała na butelkę, jakby dopiero teraz sobie przypomniała, że trzyma ją w dłoni.
„Suplement diety”.
„Nie kłam”.
Jej głos był niższy niż zwykle.
Gorzej.
Adrien nie był mężczyzną, który podnosi głos.
Kiedy tak mówił, oznaczało to, że coś w nim już pękło.
Camille z obraźliwą delikatnością odłożyła butelkę na blat.
„Twoja matka prawie już nie je. Lekarz powiedział, że potrzebuje trochę pomocy, kropli na apetyt i lęk. Wszyscy robicie z tego wielką aferę”.
Nadine gwałtownie uniosła głowę.
„To nieprawda!”
Jej głos odbił się echem od białych kuchennych płytek.
Camille powoli odwróciła twarz w jej stronę.