Nie mamy nikogo na M. Nasz syn ma na imię Dariusz. Moja siostra – Krystyna. Siostra Henryka – Alicja. Przeszłam w głowie wszystkich znajomych, sąsiadów, dalszą rodzinę. Żadnego M.
Przez dwa dni nosiłam tę kartkę w kieszeni fartucha – bo nadal chodziłam do salonu fryzjerskiego przy Lipowej, gdzie pracowałam od dwudziestu lat. Strzyżenie i modelowanie, od wtorku do soboty.
Trzymałam się tej rutyny jak kotwicy. Rano autobus, salon, klientki, wieczorem puste mieszkanie na trzecim piętrze bloku przy Grygowej. W przerwach między klientkami wyjmowałam kartkę i czytałam te pięć słów, jakby mogły zmienić znaczenie.
– Słuchaj, Wieśka, a może to jakaś chrześnica? – podsunęła Jadźka, moja koleżanka z sąsiedniego stanowiska, kiedy w końcu nie wytrzymałam i jej powiedziałam.
– Henryk nie miał żadnej chrześnicy.
– A może sąsiadki dziecko? Korepetycje opłacał komuś?
Pokręciłam głową. To nie pasowało. “Oddaj, jakby co” – to brzmiało jak zobowiązanie. Jak coś, o czym Henryk myślał poważnie i od dawna. Nie odkłada się pięciu tysięcy za lustrem dla dziecka sąsiadki.
Odpowiedzi szukałam u Staszka, najstarszego kumpla Henryka z warsztatu. Znali się czterdzieści lat. Razem chodzili na ryby nad Zalew Zemborzycki, razem naprawiali samochody, razem milczeli – bo obaj byli z tych, co więcej robią niż mówią.
Staszek zaprosił mnie na herbatę do siebie, na Czuby. Siedział naprzeciwko z łyżeczką w dłoni, mieszał cukier i unikał mojego wzroku.
– Staszek, kto to jest M.?
Cisza. Łyżeczka stuknęła o brzeg kubka. Potem jeszcze raz.
– Henryk prosił, żebym się nie wtrącał.
– Henryk nie żyje. A ja tu siedzę z pieniędzmi i kartką, i nie wiem, komu je oddać.
Staszek odstawił kubek. Przetarł oczy wierzchem dłoni. Widziałam, że waży słowa – nie dlatego, że chciał mnie oszukać, ale dlatego, że był lojalny wobec kogoś, kogo już nie mógł chronić.
– Milena – powiedział w końcu. – Henryk miał córkę. Zanim cię poznał.
Pamiętam, że herbata stygła, a ja siedziałam nieruchomo z rękami na kolanach i próbowałam złożyć te słowa w coś, co miałoby sens. Córkę. Henryk miał córkę.
Staszek mówił powoli, z przerwami. Przed naszym ślubem, na początku lat dziewięćdziesiątych, Henryk był z pewną kobietą. Krótko – może rok. Kobieta zaszła w ciążę, urodziła dziewczynkę.
Ale związek się rozpadł, ona wyjechała do Rzeszowa, potem chyba dalej. Henryk nie walczył o kontakt – mówił Staszkowi, że matka sobie nie życzyła. Że tak będzie lepiej. Ale kiedy Milena miała kilkanaście lat, matka się do niego odezwała.
Potrzebowała pieniędzy na szkołę córki. Henryk zaczął wysyłać. Najpierw raz na jakiś czas, potem regularnie.
– Wysyłał przekazem pocztowym – powiedział Staszek. – Zawsze gotówką, żeby nie było śladu na koncie.
– I nigdy mi nie powiedział.