Mąż chował pieniądze po całym domu, nie ufał bankom. Po jego śmierci znajdowałam je miesiącami – w książkach, w słoiku, za obrazem. W ostatniej kopercie, za lustrem, był plik i kartka: “To na studia dla M. Oddaj, jakby co”. Nie mamy nikogo na M.
Kartka była pożółkła, zagięta na pół i zapisana tym samym drobnym pismem, którym Henryk podpisywał rachunki za prąd. Pięć słów i jedna litera. “To na studia dla M. Oddaj, jakby co”.
Stałam w łazience z kopertą w jednej ręce i plikiem banknotów w drugiej, a w lustrze nade mną została ciemna plama po oderwaniu taśmy klejącej. Henryk nie żył od czterech miesięcy. I właśnie okazało się, że nawet po śmierci potrafił mnie zaskoczyć.
Bo pieniądze znajdowałam już wcześniej. Pierwszą kopertę – grubą, białą, bez żadnego napisu – wyciągnęłam spod książek kucharskich tydzień po pogrzebie. Stała na półce w kuchni, przyciśnięta “Kuchnią polską” wydaną jeszcze w latach osiemdziesiątych, i wyglądała jak zakładka. W środku było dwa tysiące złotych w setnych banknotach. Pomyślałam wtedy, że to Henryk odłożył na nieprzewidziane wydatki i zapomniał. Zdarza się.
Potem, pod koniec lutego, Darek pomagał mi przenosić regał w sypialni i za nim leżał plastikowy woreczek strunowy z pieniędzmi. Tysiąc dwieście złotych. Syn spojrzał na mnie, ja na niego. Wzruszył ramionami.
– Tata był tata – powiedział i wrócił do przesuwania mebli.
I miał rację. Henryk całe życie nie ufał bankom. Jako młody chłopak stracił oszczędności, kiedy w dziewięćdziesiątych upadła kasa, w której trzymał pieniądze po pierwszej pracy. Niewiele, może kilka pensji, ale zapamiętał to na zawsze.
Do końca życia miał jedno konto, na które wpływała emerytura, i natychmiast wypłacał z niego prawie wszystko. Przez trzydzieści lat małżeństwa zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Henryk zarabiał w warsztacie samochodowym na Bronowicach, potem – kiedy kolana odmówiły posłuszeństwa – dorabiał drobnymi naprawami u znajomych. Pieniądze przynosił do domu i dawał mi “na gospodarstwo”, jak to nazywał. Resztę odkładał.
Tylko że ja myślałam, że odkłada do szuflady w komodzie. Tak robił przez lata – znałam tę szufladę, wiedziałam, ile tam mniej więcej jest. Po jego śmierci znalazłam w niej trzy tysiące złotych i uznałam, że to wszystko. Nie przyszło mi do głowy, że Henryk prowadził jeszcze drugą, tajną księgowość.
Trzecia koperta była w słoiku po ogórkach, na najwyższej półce w spiżarce. Czwarta – w starym atlasie samochodowym leżącym w piwnicy. Piąta – w kieszeni zimowej kurtki, którą chciałam oddać do Caritasu. Szósta – za obrazem Matki Boskiej, który wisiał w przedpokoju od dnia naszego ślubu.
Zaczęłam je liczyć i katalogować. Nie z chciwości – z niepokoju. Bo z każdą kolejną kopertą rosło we mnie dziwne uczucie, że mieszkałam z człowiekiem, którego znałam gorzej, niż sądziłam.
Kiedy w marcu odkręcałam lustro w łazience, żeby wymienić pękniętą ramkę, nie spodziewałam się niczego. Lustro było stare, z brązowym obramowaniem, zawieszone jeszcze przez Henryka w roku, kiedy się wprowadziliśmy. Nigdy go nie ruszałam. Koperta wypadła na podłogę jak liść – lekka, ale grubsza niż zwykle.
W środku było pięć tysięcy złotych. I ta kartka.
“To na studia dla M. Oddaj, jakby co.”