Ania zadzwoniła następnego dnia. Najwyraźniej ojciec ją uprzedził.
– Mamo, może nie podejmuj pochopnych decyzji…
– Kochanie, jedyna pochopna decyzja, jaką podjęłam w życiu, to ślub z twoim ojcem w trzy miesiące po zaręczynach. Tę decyzję podejmuję po dwudziestu ośmiu latach i jest przemyślana.
Bartek zareagował inaczej. Milczał przez minutę, a potem powiedział: “Trzymaj się, mamo. Przyjeżdżam w weekend.”
Minęły trzy tygodnie. Krzysztof mieszka u kolegi z pracy, nie u niej – przynajmniej tak mówi. Dzwoni codziennie. Nie odbieram. Pisze SMS-y. Nie odczytuję. Raz przyszedł pod dom, stał pod blokiem jak ten pierwszy raz pod jej blokiem, tylko teraz to on czekał. Widziałam go z okna. Nie zeszłam.
Basia z pracy mówi, że powinnam dać mu szansę. Że faceci tak mają, że to nic nie znaczyło, że dwadzieścia osiem lat to nie jest coś, co się wyrzuca. Może ma rację. Ale ja widzę ciągle to samo: jego mokre włosy, rozpiętą kurtkę i to zdanie – “to nie jest to, co myślisz”. Jakby przez dwadzieścia osiem lat nie nauczył się, że ja zawsze myślę dokładnie to, co jest.
Mama zapytała, czy jest mi smutno. Powiedziałam, że nie. Że jest mi pusto. Że wieczorami siedzę w kuchni i piję herbatę, i patrzę na jego krzesło po drugiej stronie stołu, i nie tęsknię za nim – tęsknię za tym, kim myślałam, że jest. A to są dwie różne rzeczy.
Wczoraj wyjęłam z szuflady nasze stare zdjęcie ślubne. Ja w białej sukience, on w pożyczonym garniturze, oboje przerażeni i szczęśliwi. Patrzyłam na tę dziewczynę i tego chłopaka i myślałam: biedni, jeszcze nie wiedzą.
Schowałam zdjęcie z powrotem. Nie wyrzuciłam. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze na nie spojrzę.