Potem zaczęłam odkładać. Niewiele, ale systematycznie. Szyłam dalej – wieczorami, w weekendy. Bartek skończył studia, dostał pracę. Powoli, jak mrówka, zbierałam na wkład własny. W zakładzie dostałam awans – pani Elżbieta, właścicielka, oddała mi klucze od drugiego pomieszczenia i pozwoliła przyjmować własne zamówienia po godzinach. Zaczęłam szyć sukienki na miarę. Klientki przychodziły z polecenia. Działało.
Kawalerkę znalazłam na wiosnę. Drugie piętro, mały balkon, widok na kasztanowce. Nic wielkiego – trzydzieści dwa metry. Ale moje. Tylko moje. Z jednym nazwiskiem na akcie notarialnym.
Klucze odebrałam w zeszły czwartek. Stałam w pustym mieszkaniu, pachnącym farbą i nowością, i dotykałam ścian opuszkami palców. Światło wpadało przez duże okno i kładło się ciepłym prostokątem na podłodze. Cisza. Piękna, spokojna cisza, która należała wyłącznie do mnie.
I wtedy zadzwonił telefon.
Waldemar.
– Renata, ja… chciałbym pogadać. Wiem, że to dziwne po takim czasie. Ale mógłbym wpaść?
Milczałam pięć sekund. Może dziesięć. Słyszałam, jak oddycha po drugiej stronie – niepewnie, nerwowo. Jakby ten telefon kosztował go więcej niż trzy lata milczenia.
– O czym chcesz pogadać, Waldemar? – zapytałam spokojnie.
Zaczął mówić. Że z Patrycją nie wyszło. Że popełnił błąd. Że myśli o tym, co było, i że chciałby… Urwał. Nie dokończył.
Nie krzyczałam. Nie wyrzucałam mu w twarz tych trzech lat, deszczowych wtorków w banku, wigilii bez prezentów, nocnych szyć przy maszynie. Mogłam. Miałam do tego prawo. Ale stojąc w moim nowym, pustym, pachnącym farbą mieszkaniu, poczułam coś, czego się nie spodziewałam.
Spokój.
– Waldemar – powiedziałam – ja nie mam ci nic do powiedzenia. I ty nie masz nic, co chcę usłyszeć.
Rozłączyłam się. Położyłam telefon na parapecie. Otworzyłam okno. Z dołu dobiegał zapach kwitnących kasztanowców i odgłos dziecięcego krzyku z podwórka.
Wróciłam do rozpakowywania kartonów. Miałam jeszcze trzy pudła z kuchennymi rzeczami, stos pościeli i stary obraz z pejzażem, który dostałam od mamy. Bartek miał przyjść wieczorem z wiertarką – tą samą, po którą Waldemar nigdy nie przyjechał – żeby powiesić mi półki.
Trzydzieści dwa metry. Mały balkon. Widok na kasztanowce.
Wystarczy.