Magda przyjechała w grudniu i stanęła w progu z otwartymi ustami.
– Mamo. Ty to sama?
– A kto? – odpowiedziałam i sama się zdziwiłam, jak lekko to zabrzmiało.
Nie opowiadam tego, żeby się chwalić. Opowiadam, bo w sobotę zadzwonił Bogdan. Że wpadnie po stare narzędzia, zostały mu jeszcze jakieś w piwnicy. Wiedziałam, że w piwnicy nic nie zostało – zabrał wszystko trzy lata temu. Ale powiedziałam: dobrze, przyjedź.
Przyjechał koło jedenastej. Schudł, wyglądał na zmęczonego. Na klatce schodowej minął sąsiadkę z parteru, która go nie poznała albo udała, że nie poznaje – trudno powiedzieć. Otworzyłam mu drzwi.
Wszedł do przedpokoju i stanął. Patrzył na białe ściany, na nową półkę z książkami, na wieszak, który zamontowałam zamiast tego starego, obluzowanego. Przeszedł do kuchni – zobaczył nowy kran, wymienione gniazdko przy lodówce, które iskrzyło przez ostatnie pięć lat naszego małżeństwa i którego nigdy nie naprawił. Zajrzał do łazienki. Nowa armatura lśniła.
– Kto ci to robił? – zapytał.
– Ja – powiedziałam.
Stał w korytarzu i patrzył na mnie tak, jakby mnie widział po raz pierwszy. I chyba rzeczywiście widział mnie po raz pierwszy – bo przez trzydzieści lat patrzył na kogoś, kogo sam sobie wymyślił. Bezradną Wiesławę, która bez niego zginie.
Nie powiedział nic. Nie pochwalił, nie skrytykował, nie powiedział, że ta półka wisi krzywo albo że farbę trzeba było brać inną. Po prostu milczał.
Zapytałam, czy napije się herbaty. Pokręcił głową. Powiedział, że jednak nic mu z piwnicy nie zostało, chyba się pomylił. Ubrał buty i wyszedł.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Ściany były białe. Kran nie kapał. Było cicho.
Przez trzydzieści lat bałam się tej ciszy. Teraz jest moja.