Miałam wtedy sześćdziesiąt jeden lat, od trzech byłam na emeryturze – wcześniej przez dwadzieścia cztery lata stałam za ladą w sklepie papierniczym na Żeromskiego. Mirek odszedł szybko. Przez te ostatnie miesiące byłam tak zajęta szpitalem, receptami i nocnymi dyżurami przy jego łóżku, że nie myślałam o niczym innym. Potem pogrzeb, potem cisza, potem ta koperta.
Następnego dnia pojechałam do oddziału banku. Wzięłam akt zgonu, dowód, książeczkę małżeństwa – wszystko, co miałam. Pani za okienkiem patrzyła na mnie z tym specyficznym wyrazem twarzy, który dobrze znałam z ostatnich miesięcy – mieszanka współczucia i zniecierpliwienia.
– Kredyt został zaciągnięty na pani męża w grudniu dwa tysiące szesnastego – powiedziała, przesuwając palcem po ekranie. – Lokal użytkowy w Skierniewicach, ulica Mszczonowska. Raty były regulowane do marca tego roku. Kwiecień i kolejne miesiące – brak wpłat.
– Ja nic o tym nie wiedziałam – powiedziałam.
Pani za okienkiem pokiwała głową, jakby słyszała to nie pierwszy raz.
– W umowie jest tylko pani mąż. Nie ma współkredytobiorcy. Ale jako spadkobierczyni…
– Wiem – przerwałam. Wiedziałam, co powie. Że dług nie znika razem z człowiekiem.
Wróciłam do domu i zaczęłam szukać. Nie wiedziałam, czego szukam – może podświadomie chciałam znaleźć coś, co sprawi, że ten kredyt okaże się pomyłką, błędem systemu, kimś innym o tym samym nazwisku. Przeszukałam szufladę biurka, w której Mirek trzymał papiery. Faktury za materiały elektryczne, certyfikat SEP, kilka starych polis. Nic o Skierniewicach.
Wtedy otworzyłam dolną szufladę – zamykaną na kluczyk, który znalazłam w kieszeni jego roboczej kurtki jeszcze w szpitalu. W środku leżała teczka. Zwykła, niebieska, papierowa teczka z gumką. W niej – kserokopia umowy kredytowej, akt notarialny, kilka wyciągów bankowych z konta, o którym nie miałam pojęcia, i trzy zdjęcia.
Na zdjęciach był Mirek. Uśmiechnięty, w czystej koszuli – nie w roboczych ciuchach, w których go znałam. Na jednym stał przed wejściem do lokalu z szyldem “Salon fryzjerski M.” Na drugim siedział przy małym stoliku z kobietą o jasnych włosach. Na trzecim ta sama kobieta stała w drzwiach salonu, a Mirek malował coś na ścianie obok.
Nie zemdlałam. Nie rzuciłam teczką o ścianę. Siedziałam z tymi trzema zdjęciami rozłożonymi na blacie kuchennym jak z kartami do pasjansa i próbowałam zrozumieć, na co patrzę. Mój mąż. Trzydzieści pięć lat. Dwoje dzieci. I ta kobieta o jasnych włosach, przy której się uśmiechał tak, jak przy mnie dawno już nie.
“M.” – Marlena? Monika? Maria? Inicjał na szyldzie, inicjał, za który mój mąż wziął kredyt na sto kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Ance powiedziałam dopiero po tygodniu. Córka przyjechała w sobotę, jak zwykle z obiadem w pojemnikach i z miną, która miała mnie przekonać, że to nie opieka, tylko odwiedziny.
– Mamo, na pewno jest jakieś wyjaśnienie – powiedziała, kiedy jej pokazałam papiery. Ale głos jej drżał, a ręce, którymi przekładała dokumenty, były takie same jak moje tydzień wcześniej.
Bartek, syn, zadzwonił z Warszawy wieczorem.
– Nie jedź tam, mamo. Daj to prawnikowi. Niech się zajmie ktoś, kto nie jest emocjonalnie zaangażowany.
Ale ja już wiedziałam, że pojadę. Nie dlatego, że chciałam urządzić scenę. Chciałam zobaczyć to miejsce. Chciałam zrozumieć, co było ważniejsze od nas.
Do Skierniewic pojechałam w środę rano autobusem. Sto trzydzieści kilometrów – dwie i pół godziny. Przez całą drogę trzymałam w torebce kserokopię umowy z adresem. Ulica Mszczonowska okazała się spokojną, boczną ulicą – niskie kamienice, mały sklep spożywczy na rogu, salon fryzjerski z szyldą, która wyglądała dokładnie jak na zdjęciu Mirka.
Stałam na chodniku naprzeciwko i patrzyłam na witrynę. Za szybą widać było stanowiska fryzjerskie, lustra, kwiaty na parapecie. Salon działał. Ktoś go prowadził. Ktoś, komu mój mąż pomógł go otworzyć.
Weszłam.
Kobieta za ladą miała może czterdzieści pięć lat, jasne włosy upięte w kok, zmęczone oczy. Obsługiwała klientkę, ale kiedy mnie zobaczyła, coś w jej twarzy drgnęło.
– Dzień dobry – powiedziałam. – Jestem żona Mirosława Kańskiego.
Klientka w fotelu podniosła wzrok. Kobieta za ladą odłożyła nożyczki.
– Proszę poczekać – powiedziała cicho. – Pani Wando, przepraszam na chwilę.
Wyszłyśmy na zaplecze. Mały pokoik – czajnik, kubki, wieszak z płaszczem, na ścianie jedno zdjęcie w ramce. Mirek. Inne niż te z teczki, ale ten sam uśmiech, ta sama czysta koszula.
– Marlena – powiedziała, wyciągając rękę, a potem cofnęła ją, jakby sobie przypomniała, kim jestem.
Nie krzyczałam. Nie miałam siły. I chyba nie miałam już na to dość złości – złość przyszła i odeszła w ciągu tego tygodnia, kiedy siedziałam sama z tymi zdjęciami w kuchni. Teraz zostało coś innego. Zmęczenie. I to jedno pytanie.