Mąż umarł w marcu. Jego telefon leżał w szufladzie, w końcu go włączyłam, żeby spisać kontakty na pogrzeb. Esemesy od jednej osoby szły codziennie od trzech lat. Ostatni, sprzed jego śmierci: “Powiedz żonie albo ja to zrobię”.
Gdybym tamtego wieczoru po prostu wyrzuciła jego rzeczy do kartonu, jak radziła siostra, pewnie do dziś żyłabym w spokojnej żałobie po dobrym mężu. Ale ja musiałam spisać numery. Potrzebowałam telefonu jego kolegi z warsztatu, żeby potwierdzić godzinę stypy. Taka prozaiczna rzecz.
Telefon leżał w dolnej szufladzie komody, pod swetrami, które Henryk nosił zimą. Włączyłam go i przez chwilę patrzyłam na ekran główny – zdjęcie nas dwojga sprzed pięciu lat, z wycieczki do Kazimierza. Uśmiechnięci, opaleni, z lodami w dłoniach. Wpisałam kod – rocznicę naszego ślubu, bo Henryk nigdy nie zmieniał haseł.
Kontakty znalazłam szybko. Zapisałam numer Janka, numer Zbyszka z lakierni, numer szefa. A potem zobaczyłam powiadomienia. Siedemnaście nieprzeczytanych wiadomości od jednej osoby. Agata. Imię, które nic mi nie mówiło.
Otworzyłam.
Pierwsza wiadomość: “Heniek, odbierz, proszę”. Druga: “Martwiłam się, nie odbierasz od dwóch dni”. Trzecia: “Dowiedziałam się od Janka. Nie wierzę. Nie mogę oddychać”.
Przewinęłam niżej. Wiadomości ciągnęły się jak rzeka – codziennie, od trzech lat. Drobne, codzienne, intymne. “Kupiłam tę kawę, którą lubisz, gdybyś wpadł”. “Śniłeś mi się znowu”. “Pamiętasz, jak staliśmy na tym moście?”. I między nimi – jego odpowiedzi. Krótsze, ostrożniejsze, ale regularne. “Będę o czwartej”. “Ja też tęsknię”. “Nie teraz, Dan jest w domu”.
Dan. Tak mnie nazywał, kiedy rozmawiał o mnie z inną kobietą. Dan jest w domu. Jakbym była przeszkodą do ominięcia.
Przez trzydzieści trzy lata małżeństwa byłam Danusią, Danutką, czasem Danuśką, kiedy Henryk chciał mnie przeprosić za coś drobnego. Pracowałam w księgowości fabryki mebli przy Kunickiego od dwudziestu sześciu lat. Henryk prowadził warsztat samochodowy z dwoma pracownikami na Bronowicach.
Nasze życie było poukładane jak kolumny w arkuszu kalkulacyjnym – wszystko się zgadzało, wszystko miało swoje miejsce. Dwóch synów, Marcin w Warszawie, Łukasz tu, w Lublinie. Mieszkanie na trzecim piętrze, trzy pokoje, balkon z pelargoniami, które Henryk podlewał co rano przed wyjściem do warsztatu.
Siedziałam na podłodze sypialni z tym telefonem w rękach i czytałam. Godzinę. Dwie. Nie płakałam. Miałam wrażenie, że ktoś otworzył podłogę pode mną i spadam, ale powoli, tak wolno, że zdążę zobaczyć każdy szczegół tego, co mijam.
Agata miała czterdzieści dwa lata. Pracowała w biurze ubezpieczeniowym niedaleko warsztatu Henryka. Poznali się, bo przywiozła samochód na przegląd. To wynikało z wiadomości – żartowali o tym pierwszym spotkaniu jak o jakimś filmie.
“Pamiętasz, jaki byłeś zdenerwowany, kiedy zobaczyłeś, że nie umiem otworzyć maski?” – pisała. “Pamiętam, że pomyślałem: muszę ją jeszcze zobaczyć” – odpowiadał.
Czytałam ich historię wstecz, od końca, od wiadomości pełnych desperacji, cofając się do początków – nieśmiałych, pełnych wykrzykników i emotikon. Henryk, mój Henryk, który nie umiał napisać SMS-a dłuższego niż trzy słowa, pisał do niej całe akapity. Opowiadał jej o swoim dniu. Narzekał na klientów. Pisał, że marzy o wyjeździe nad morze, tylko we dwoje.