Ze mną ostatni raz byliśmy nad morzem cztery lata temu. W Ustce, w pensjonacie, gdzie ciągle padało i Henryk mówił, że nigdy więcej.
Ale najbardziej bolała jedna wiadomość, sprzed samego końca. Agata pisała: “Nie mogę tak dłużej. Powiedz żonie albo ja to zrobię”. A Henryk odpowiedział: “Daj mi czas. Po świętach. Obiecuję”. Święta wielkanocne minęły. Henryk umarł sześć dni później. Udar, w warsztacie, między piątą a szóstą po południu. Znalazł go Janek, kiedy wrócił po zapomniany klucz.
Zamknęłam telefon. Położyłam go z powrotem do szuflady. Przez trzy dni chodziłam do pracy, gotowałam obiady, rozmawiałam z Łukaszem, odbierałam telefony od znajomych składających kondolencje. Nikt niczego nie zauważył. Byłam tą samą Danutą – spokojna, opanowana, w czarnej bluzce, z podkrążonymi oczami, bo przecież żałoba.
Ale w nocy leżałam i przeglądałam w głowie każdy dzień z ostatnich trzech lat. Każdy wieczór, kiedy Henryk wracał później i mówił, że klient przyjechał na ostatnią chwilę. Każdą sobotę, kiedy jechał “po części” i wracał po dwóch godzinach z pustymi rękami. Te momenty, kiedy na coś patrzył w telefonie i szybko go chował, a ja myślałam, że czyta wyniki sportowe.
W czwartek zadzwoniłam do Agaty. Nie wiem, dlaczego. Numer miałam, wystarczyło kliknąć. Odebrała po pierwszym sygnale, jakby czekała na ten telefon.
– Danuta jestem – powiedziałam. – Żona Henryka.
Cisza. Długa, gęsta. Słyszałam jej oddech.
– Wiem, kim pani jest – odpowiedziała w końcu. Głos miała zachrypnięty, jakby dużo płakała albo dużo paliła. A może jedno i drugie.
– Przeczytałam wasze wiadomości.
Znowu cisza. Potem cichy, stłumiony dźwięk. Płakała.
– Nie musi mi pani nic mówić – dodałam. – Chcę tylko wiedzieć jedno. Czy on był z panią szczęśliwy?
Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Nie planowałam tego pytania. Miałam w głowie listę oskarżeń, wyrzutów, gorzkich słów. A wyszło akurat to.
– Tak – powiedziała Agata. – Był. Ale zawsze mówił, że pani nie skrzywdzi. Że pani na to nie zasługuje. Że pani jest dobrą kobietą.
– A jednak skrzywdził – powiedziałam.