Przeczytałam to trzy razy. Za czwartym odłożyłam telefon na blat tak ostrożnie, jakby mógł wybuchnąć.
Więc tak to jest, pomyślałam. Trzydzieści lat i chleb z masłem w pustej kuchni, a on ma w telefonie “całuję, M.”
Nie płakałam. To przyszło dużo później. Wtedy poczułam coś innego – zimno. Takie fizyczne, od środka, jakby ktoś otworzył okno w styczniu, choć byliśmy w maju.
Nie spałam tej nocy. Leżałam na naszym łóżku – teraz już moim łóżku – i próbowałam ułożyć to w głowie. Wynik pozytywny. To może być wszystko. Badanie krwi, cholesterol. Ale “kochanie” i “całuję” nie zostawiały dużo miejsca na niewinne interpretacje.
Rano – sobota, dzień przed pogrzebem – otworzyłam telefon jeszcze raz. Kodu nie znałam, ale Andrzej od lat używał tego samego – daty naszego ślubu. Ironia, prawda?
Przewinęłam wiadomości. Rozmowa ciągnęła się od ośmiu miesięcy. Początkowo krótka – “będę o 15”, “kupiłem co prosiłaś” – ale z czasem coraz cieplejsza. Zdrobnienia, serduszka, zdjęcia kwiatów. Żadnych nagich zdjęć, nic wulgarnego. To było prawie gorsze – bo to wyglądało na coś prawdziwego, nie na przygodę.
Ostatnia wiadomość od Andrzeja, wysłana w poniedziałek wieczorem, dzień przed śmiercią: “Jutro porozmawiam z Jolą. Muszę jej powiedzieć. Nie da się dłużej.”
Jola. To ja jestem Jola.
Siedziałam na podłodze w przedpokoju z telefonem w ręku i patrzyłam na to zdanie. Chciał mi powiedzieć. Nie zdążył. I nie wiedziałam, czy to sprawia, że jest mi lepiej, czy gorzej.
Na pogrzebie było dużo ludzi. Koleżanki z mojej pracy, chłopaki z jego warsztatu, sąsiedzi, rodzina z Zamościa. Marek stał obok mnie, trzymał mnie pod rękę. Ksiądz mówił coś o wierności i miłości, a ja stałam i myślałam o “całuję, M.”
Po ceremonii, przy kawie i ciastkach w sali parafialnej, podeszła do mnie kobieta, której nie znałam. Może trzydzieści pięć lat, ciemne włosy, skromnie ubrana. Oczy czerwone od płaczu.