– Przepraszam – powiedziała cicho. – Byłam koleżanką Andrzeja z… z pracy.
Wiedziałam. W tej samej sekundzie, w której ją zobaczyłam, wiedziałam, że to jest “M.” Nie dlatego, że wyglądała na “tę inną kobietę”. Wyglądała na przestraszoną. I na smutną, naprawdę smutną, a nie smutną na pokaz.
– Marta – powiedziała, podając mi rękę.
Podałam jej swoją. Nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że przy ludziach nie robi się scen. Może dlatego, że tyle lat pracy z rodzącymi kobietami nauczyło mnie, że w momentach granicznych ciało robi to, co umie – a ja umiem podawać rękę i się uśmiechać.
Marta nie została dłużej. Wypiła herbatę, zamieniła dwa słowa z Markiem – on nie wiedział, kim jest – i wyszła. Widziałam, jak przystanęła przy drzwiach i odwróciła się, jakby chciała coś powiedzieć. Ale nie powiedziała.
Zadzwoniłam do niej dwa dni później. Numer był w telefonie Andrzeja.
– Wiem, kim pani jest – powiedziałam. Głos mi nie drżał. Przygotowałam się.
Długa cisza. Potem cichy płacz.
– Wiem, że to nic nie zmienia – powiedziała Marta. – Nie oczekuję niczego. Ale powinna pani wiedzieć. Jestem w ciąży. Dwunasty tydzień.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam na krześle w kuchni. To samo krzesło, na którym siedziałam, kiedy przeczytałam tamtą wiadomość. Dwunasty tydzień. Czyli Andrzej wiedział od jakiegoś czasu. Dlatego chciał “porozmawiać z Jolą”.
Marek przyjechał wieczorem, bo nie odbierałam telefonów. Opowiedziałam mu wszystko. Siedział naprzeciwko i nie mówił nic przez długą chwilę.
– I co teraz? – zapytał wreszcie.
Nie wiedziałam. I to było uczciwe – że nie wiedziałam. Bo co powinnam czuć? Wściekłość na Andrzeja? Czułam. Litość nad Martą? Też. Strach, że to dziecko – bo to będzie dziecko, realne, z aktem urodzenia i nazwiskiem – będzie miało prawo do części spadku, do zachowku, do kawałka tego, co budowaliśmy trzydzieści lat?
Tak, to też. Nie jestem świętym obrazkiem. Jestem kobietą, która właśnie straciła męża, a zaraz może stracić część domu.
Poszłam do prawniczki. Młoda dziewczyna, pewnie z dziesięć lat młodsza od Marka, ale rzeczowa. Wytłumaczyła mi, że jeśli dziecko się urodzi i ojcostwo Andrzeja zostanie ustalone – a przy testach DNA nie ma co liczyć na inny wynik – to dziecko ma takie samo prawo dziedziczenia jak Marek. Ustawowa połowa dla mnie, druga połowa po równo dla dzieci.
Marek zadzwonił do mnie tego wieczoru.
– Mamo, ja nie o spadek – powiedział. – Ja o ciebie. Dasz radę?
Rozpłakałam się wtedy pierwszy raz od piątku.
Minęło kilka tygodni. Nie zadzwoniłam więcej do Marty, ona też nie dzwoniła. Ale pewnego dnia, wracając ze szpitala, zobaczyłam ją na przystanku przy Lipowej. Stała z rękami włożonymi w kieszenie kurtki, choć było ciepło. Nie wiem, czy mnie zauważyła.
Myślałam o niej później, wieczorem, susząc włosy po kąpieli. O tym, że jest sama z dzieckiem mężczyzny, który nie żyje. Że ten mężczyzna chciał wziąć odpowiedzialność – i nie zdążył. Że ja mam trzydzieści lat wspomnień, a ona ma dwanaście tygodni ciąży i nic więcej.
To nie sprawiało, że było mi łatwiej. Ale sprawiało, że nie potrafiłam jej nienawidzić.
Fotografia Andrzeja stoi na komodzie w sypialni. Czasem odwracam ją tyłem. Czasem wracam ją do pionu. To chyba tak wygląda żałoba po kimś, o kim dowiadujesz się prawdy za późno – wahasz się między gniewem a tęsknotą, i żadne z tych uczuć nie wygrywa na długo.
W zeszłym tygodniu Marek powiedział mi, że Marta urodziła syna. Andrzej junior – tak go nazwała.
Nie wiedziałam, co z tą informacją zrobić. Więc zrobiłam herbatę, usiadłam w kuchni i patrzyłam przez okno na lipy, które właśnie zaczynały kwitnąć.