Mąż zmarł, a ja dalej dostawałam jego pocztę. W grudniu przyszła kartka świąteczna z Gdańska, podpisana “Twoja Hania i nasze wnuki”. Mamy dwoje dzieci i czworo wnuków – żadne z nich nie ma na imię, które tam wymieniono.
Kartka miała na okładce choinkę z brokatem i napis “Wesołych Świąt” w złotych literach. Taka zwykła, z Empiku albo z poczty, za dwa złote. Odwróciłam ją i przeczytałam to, co ktoś napisał okrągłym, starannym pismem: “Kochany Tadziku, myślimy o Tobie w te święta.
Ania zdała maturę, Piotruś ma już roczek. Czekamy. Twoja Hania i nasze wnuki.” Stałam w przedpokoju z tą kartką w jednej ręce i plikiem rachunków w drugiej, i przez chwilę pomyślałam, że listonosz pomylił adresy.
Ale adres był nasz. Ulica Wyszyńskiego 14, mieszkanie 37, Olsztyn. I imię – Tadeusz Grzybowski. Mój mąż. Który umarł cztery miesiące wcześniej, w sierpniu, na trzeci zawał serca, w karetce jadącej z naszej działki pod Szczytnem.
Odłożyłam kartkę na szafkę w przedpokoju, obok jego kluczy, które ciągle tam leżały. Weszłam do kuchni, nastawiłam czajnik. Ręce mi się trzęsły, więc wsypałam herbatę obok kubka i patrzyłam, jak czarne listki rozsypują się po blacie. W głowie miałam jedno zdanie, które kręciło się jak zepsuta płyta: “Twoja Hania i nasze wnuki.”
Nasze. Nie “moje”. Nasze.