Z Tadeuszem byliśmy małżeństwem trzydzieści cztery lata. Wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym dziewiątym, ja miałam dwadzieścia cztery lata, on dwadzieścia siedem. Pracował na kolei – był maszynistą, potem dyspozytorem, potem znowu maszynistą, bo pokłócił się z naczelnikiem i zdjęli go ze stanowiska. Ja przez całe życie szyłam – najpierw w spółdzielni, potem w domu, na zlecenia. Firanki, sukienki na komunie, garsonki na wesela. Pół Olsztyna chodziło w moich rzeczach.
Mieliśmy dwoje dzieci. Krzysztof, starszy, mieszka w Elblągu z żoną i dwójką synów. Kinga, młodsza, w Olsztynie – trzy ulice dalej, z mężem i dwiema córkami. Czworo wnuków, żadna Ania, żaden Piotruś.
Tadeusz jeździł na trasie do Gdańska i z powrotem. Trzy, cztery razy w tygodniu, czasem z noclegami, kiedy grafik się tak układał. Wracał zmęczony, pachnący olejem maszynowym i papierosami. Jadł kolację, oglądał wiadomości, kładł się spać. Nic nadzwyczajnego. Tak wyglądały nasze dni przez ponad trzydzieści lat.
Pierwszej nocy po znalezieniu kartki nie zmrużyłam oka. Leżałam w ciemności, w naszej sypialni, w naszym łóżku – które było teraz tylko moje – i próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek podejrzanego. Jakiś telefon, jakieś spóźnienie, jakąś zmianę w zachowaniu. I nic. Kompletnie nic. Tadeusz był człowiekiem tak regularnym, że mogłabym zegarek nastawiać według jego powrotów z pracy.
Rano zadzwoniłam do Kingi.
– Córciu, muszę cię o coś zapytać – zaczęłam i od razu poczułam, że głos mi siada. – Czy tata kiedykolwiek mówił ci o kimś z Gdańska? O jakiejś kobiecie?
Cisza.
– Mamo, o czym ty mówisz? – Kinga brzmiała tak, jakbym ją zapytała, czy Tadeusz latał na Marsa. – Tata? O kobiecie?
– Przyszła kartka – powiedziałam. – Świąteczna. Podpisana “Twoja Hania i nasze wnuki.”
Kinga przyjechała w pół godziny. Przeczytała kartkę trzy razy, odwróciła, obejrzała kopertę – ale nie było koperty, kartka przyszła jako pocztówka, ze stemplem z Gdańska. Nic więcej.
– Mamo, to musi być pomyłka – powiedziała, ale widziałam, że sama w to nie wierzy. Bo adres się zgadzał. Imię i nazwisko się zgadzało. I to “Tadziku” – tak się do niego zwracały tylko osoby bliskie.
Przez trzy dni nie robiłam nic. Szyłam, bo zamówienia nie czekają, ale szwy wychodziły krzywe i musiałam pruć. Czwartego dnia poszłam do szuflady w przedpokoju, tej, w której Tadeusz trzymał swoje papiery. Nigdy tam nie grzebałam, bo po co – on płacił rachunki, załatwiał urzędy, ja miałam swoje szuflady, on swoje. Tak to u nas działało.
Pod stosem starych polis ubezpieczeniowych znalazłam kopertę. W środku – trzy zdjęcia. Na pierwszym: młoda kobieta z dzieckiem na ręku, na tle bloku, lato, chyba lata dziewięćdziesiąte, bo w tle stało żółte Maluch. Na odwrocie ołówkiem: “Hania i Marta, 1996”. Na drugim: ta sama kobieta, starsza, z nastolatką – pewnie tą samą Martą – na jakimś skwerku. Na trzecim: niemowlę w wózku, a na odwrocie “Piotruś, maj 2023”. Ten sam okrągły charakter pisma co na kartce.
Marta. Nie Ania. Więc Ania to musiała być córka Marty, a Piotruś – syn Marty. Wnuki Hani. I wnuki Tadeusza?
Nogi się pode mną ugięły. Dosłownie – musiałam usiąść na podłodze w przedpokoju, bo fotel był za daleko. Rok 1996. Krzysztof miał wtedy osiem lat. Kinga pięć. A Tadeusz miał gdzieś w Gdańsku kobietę i drugie dziecko.
Trzydzieści lat. Trzydzieści lat jeździł na tej trasie, a ja myślałam, że jedzie do pracy.
Nie powiem, że nigdy go nie podejrzewałam. Ale podejrzewałam o drobne rzeczy – że może wypije piwo po zmianie z kolegami i wróci później, że może raz na jakiś czas zerknął na inną kobietę. Takie ludzkie, normalne podejrzenia, z których się śmiałam sama do siebie. Nie podejrzewałam go o drugie życie. O drugą rodzinę. O dziecko, które rosło trzysta kilometrów stąd, nie wiedząc o moim istnieniu – albo wiedząc.
Do Gdańska nie pojechałam. Nie zadzwoniłam pod żaden numer, nie szukałam Hani w internecie. Nie dlatego, że nie chciałam wiedzieć. Chciałam. Ale co bym jej powiedziała? “Dzień dobry, jestem żona Tadeusza, ta oficjalna”? A ona by mi odpowiedziała co? Że go kochała? Że czekała na niego trzy razy w tygodniu? Że też prała mu koszule?