Mąż zmarł, a ja dalej dostawałam jego pocztę. W grudniu przyszła kartka świąteczna z Gdańska, podpisana “Twoja Hania i nasze wnuki”
Krzysztofa w końcu poinformowałam. Przyjął to inaczej niż Kinga – nie był zszokowany, tylko cichy. Zapytał, czy pamiętam, jak tata zawsze przywoził z Gdańska rybę. Wędzoną makrelę. I mówił, że kupuje ją na targu koło dworca.
– Pewnie kupował – powiedział Krzysztof. – Pewnie naprawdę kupował. Tylko że po drodze miał jeszcze jedno przystanki.
Jedno przystanki. Mój syn tak to ujął. Jakby chodziło o rozkład jazdy.
Wigilijny talerz dla Tadeusza postawiłam i w tamtym roku, i w kolejnym. Nie dlatego, że mu przebaczyłam. Nie dlatego, że zapomniałam. Postawiłam, bo tak robimy w tej rodzinie – stawiamy talerz dla nieobecnych. A Tadeusz był nieobecny na więcej sposobów, niż myślałam.
Kartkę schowałam do tej samej szuflady, w której leżały zdjęcia. Nie odpowiedziałam Hani. Nie wiem, czy wysłała następną kartkę rok później – jeśli tak, to może wreszcie dowiedziała się, że Tadeusz nie żyje. A może ktoś jej powiedział wcześniej. A może dalej czeka.
Czasem wieczorem, kiedy siedzę przy maszynie i obszywa coś podszewką, myślę o niej. O kobiecie, która przez trzydzieści lat dzieliła ze mną tego samego mężczyznę i żadna z nas o drugiej nie wiedziała. Albo – co gorsza – ona wiedziała, a ja nie.
I wtedy robię to, co robiłam przez trzydzieści cztery lata małżeństwa. Nawlekam nitkę, poprawiam szew i idę dalej.