Pozwoliła, by jej wzrok powędrował od wypolerowanych czubków moich butów, w górę po granatowych spodniach, przez medale przypięte precyzyjnie do mojej piersi, aż w końcu na moją twarz. Jej wyraz twarzy wykrzywił się w maskę teatralnego obrzydzenia.
„Saro” – powiedziała, a jej głos niósł ostry, arystokratyczny ton, zaprojektowany tak, by przebić się przez hałas w tle. „Co taki nędzny żołnierz jak ty robi tutaj, psując estetykę?”
Powiedziała to głośno. Na tyle głośno, by usłyszała to połowa otaczających ją stolików.
Kilka osób z jej najbliższego otoczenia zaśmiało się tym cienkim, odruchowym śmiechem, jaki zawsze słychać, gdy okrucieństwo skrywa się w pewności bogactwa. To śmiech tchórzy, którzy nie chcą być następnym celem.
Mój ojciec, Richard, stał obok niej. Nie bronił mnie. Po prostu spuścił wzrok w kieliszek whisky, powoli popijając, odgrywając rolę cichego pomocnika, którego doskonalił przez trzy dekady.
Chloe zamarła obok ogromnego, pięciopiętrowego tortu weselnego. Promienny uśmiech na jej twarzy natychmiast się wyostrzył, wyglądając jak jedwab naciągnięty za bardzo, tuż przed tym, jak się rozerwie. Wyglądała pięknie, drogo i kompletnie spanikowana.
A potem był pan młody.