Kilka osób się roześmiało.
Ja się nie roześmiałam.
Daniel spojrzał na Marcusa.
„Wciąż uroczo”.
Marcus odwrócił się do gości i podniósł głos.
„No cóż, skoro moja była żona postanowiła przyprowadzić duchy na przyjęcie dla dzieci, nie pozwólmy, żeby to zepsuło nastrój”.
Serena uniosła brodę.
„Dokładnie. Dzisiaj chodzi o rodzinę. Prawdziwą rodzinę”.
Potem spojrzała na mnie.
„Claire, chciałabyś coś powiedzieć Ethanowi? Może jakieś błogosławieństwo? Wiesz, od kogoś, kto rozumie tęsknotę”.
No i stało się. Pierwsze cięcie. Zobaczyłem matkę Marcusa, która patrzyła spod kapelusza, uśmiechając się jak pająk.
Zrobiłem krok naprzód.
„Oczywiście”.
Uśmiech Marcusa stał się ostrzejszy. Serena podała mi mikrofon, spodziewając się, że moje upokorzenie rozniesie się echem po trawniku. Spojrzałem na Ethana. Był słodkim dzieckiem z oczami Marcusa i nerwowymi palcami Sereny. Nic z tego nie było jego winą.
„Ethan” – powiedziałem łagodnie – „obyś wyrósł na milszego niż ludzie, którzy nauczyli cię dumy”.
Śmiech ucichł.
Serena wyrwała mi mikrofon.
„Jaka gorycz”.
Marcus zachichotał.
„Czy można ją winić? Niektóre rany nigdy się nie goją. Zwłaszcza te, które zadaje natura”.
Odwrócił się do tłumu.
„Wszyscy wiecie, że Claire i ja staraliśmy się o dzieci. Latami. Lekarze, kuracje, modlitwy. Nic nie działało. A teraz spójrzcie”.
Położył dłoń na ramieniu Ethana.
„Życie dało mi dowód, że
„Nigdy nie byłam problemem”.
Goście poruszyli się. Niektórzy wyglądali na zawstydzonych. Inni pochylili się, spragnieni więcej.
Serena uśmiechnęła się szeroko.
„Marcus zasłużył na dziedzictwo”.