Ponieważ po prostu odmówiły jej posłuszeństwa nogi.
Jej twarz zbladła. Pewny siebie uśmiech zniknął, zastąpiony wyrazem twarzy, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałem: czystym, bezbronnym strachem.
Podszedłem do stołu.
Bez pośpiechu.
Bez złości.
Każdy krok był powolny, kontrolowany. Odgłos moich obcasów uderzających o marmur rozbrzmiewał w ciszy restauracji, głośniejszy niż jakikolwiek krzyk.
Raul wstał obok mnie.
Cisza.
Spokojna.
Jak cień, który czekał zbyt długo.
Gdy Julian i ja nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, otworzył usta.
—Waleria…
Jakby wypowiedział moje imię po raz pierwszy. Jakby dopiero wtedy naprawdę mnie zobaczył.
Zatrzymałem się przed stołem.
Umieściłem kopertę na środku.