Szybko odkaszlnąłem, jakby tylko zaschło mi w gardle.
— Myślałem, że to ja mam chronić brata przed światem. A wychodzi na to, że to on często chroni mnie. Przed tym, żebym nie stał się tchórzem. I zły też.
W klasie nikt się nie śmiał.
Kuba wstał.
Cały się napiąłem.
Wziął pociąg i podszedł do Ignasia.
— Masz — powiedział.
Brat zabrał zabawkę.
Kuba przestępował z nogi na nogę.
— Przepraszam.
Powiedział to cicho. Nie pięknie. Nie jak w szkolnym przedstawieniu.
Ale powiedział.
Ignaś pomyślał. On zawsze myślał przed odpowiedzią, jeśli sprawa była ważna.
— Nic — powiedział w końcu. — Pociąg jedzie dalej.
Pani Anna zaczęła klaskać pierwsza.
Potem jeszcze kilkoro dzieci.
Po chwili klaskała prawie cała klasa.
Ignaś też zaczął klaskać. Głośno, nierówno, tak radośnie, że peleryna znowu zsunęła mu się z ramienia.
Kiedyś szepnąłbym:
— Ciszej.
Tym razem nie powiedziałem nic.
Niech klaszcze.
Po lekcji dzieci podchodziły do niego. Jeden chłopiec poprosił, czy może obejrzeć pociąg. Dziewczynka zapytała, czy peleryna naprawdę jest bohaterska.
— Tak — odpowiedział poważnie Ignaś. — Ale trzeba prać.
Pani Anna się zaśmiała.
Kuba stał przy oknie. Podszedłem do niego sam.
— Nie jesteś zły — powiedziałem. — Ale więcej tak nie mów.
Spojrzał na mnie.
— Nie wiedziałem.
Chciałem odpowiedzieć ostro. Coś takiego, żeby zapamiętał.
Ale przypomniałem sobie siebie przy szkolnej bramie.
— Ja też nie wiedziałem, co powiedzieć — odparłem.
I na tym skończyliśmy. W wieku 10 lat chłopcy nie bardzo umieją długo rozmawiać o wstydzie.
Do domu wracaliśmy we troje: mama, ja i Ignaś.
Brat niósł zielony pociąg obiema rękami, jakby ten naprawdę przejechał ciężką drogę. Pelerynę niosła mama, bo Ignaś się zmęczył.
— Jak poszło? — zapytała.
Powiedziałem:
— Normalnie.
Mama spojrzała na mnie uważnie, ale nie wyciągała ze mnie słów.
Ignaś sam opowiedział:
— Maks mówił. Ja bohater. Pociąg jechał.
Mama zatrzymała się na chodniku.
— Tak?
— Tak — kiwnął Ignaś. — Nie szybko. Ale dojechał.
Mama zacisnęła usta. Robiła tak, kiedy nie chciała płakać przy nas.
Wieczorem miałem napisać kilka zdań o swoim bohaterze. Usiadłem przy stole, a Ignaś obok mnie rozłożył kredki.
Zacząłem tak:
„Mój brat ma zespół Downa, ale…”
I zatrzymałem się.
Skreśliłem „ale”.
Bo nagle zrozumiałem, że to słowo jakby odsuwa go gdzieś na bok. Jakby najpierw trzeba było się z czegoś tłumaczyć, a dopiero potem go kochać.
Napisałem inaczej:
„Mój brat ma zespół Downa. To część jego życia, ale nie najważniejsza”.
Potem dodałem:
„Najważniejsze jest to, że on jest dobry dla ludzi nawet wtedy, kiedy oni jeszcze nie umieją być dobrzy dla niego”.
Ignaś nachylił się nad kartką.
— Co piszesz?
— O tobie.
— Jestem ładny?
— Bardzo.
— I pociąg?
— I pociąg.
Uśmiechnął się i podsunął mi swój rysunek. Był tam zielony pociąg, a obok duży budynek z krzywym dachem.
— Co to?
— Stacja.
— A kto tam jest?
Ignaś stuknął palcem w budynek.
— Ty.