— Dlaczego ja jestem stacją?
Odpowiedział prosto:
— Bo do ciebie się wraca.
Odwróciłem się wtedy do zeszytu.
W klasie jeszcze jakoś się trzymałem. Ale w kuchni, obok jego kredek i połamanej zabawki, już nie potrafiłem.
Następnego dnia pani Anna poprosiła mnie, żebym został po lekcjach.
Trzymała moją kartkę.
— Maks, mogę powiesić to na tablicy przy wejściu?
Od razu zrobiło mi się zimno.
Tablicę widzieli wszyscy. Starsze klasy. Rodzice. Ci, którzy nie słyszeli Ignasia w naszej klasie i nie wiedzieli, co znaczy jego pociąg.
— Nie trzeba — powiedziałem szybko.
Pani Anna mnie nie naciskała.
— Dobrze. To twój tekst.
Zabrałem kartkę i wsunąłem ją do plecaka.
Przez całą drogę do domu ważyła jakby więcej niż wszystkie książki.
Przy szkolnej bramie czekaliśmy na mamę. Ignaś przesuwał pociągiem po ławce. Obok przechodzili starsi chłopcy.
Jeden zobaczył jego różne skarpetki i powiedział:
— Patrzcie, jaki modniś.
Drugi zaczął klaskać w dłonie, przedrzeźniając go.
Ignaś przestał bawić się pociągiem.
Nie płakał.
Po prostu schował zabawkę do kieszeni i stanął bliżej mnie.
Znowu poczułem to samo. Gorącą twarz. Ciężki język. Chęć udawania, że nic nie słyszałem.
Tamci byli starsi. Było ich trzech.
Ja miałem 10 lat.
Nie byłem odważny.
Ale Ignaś cicho dotknął mojej ręki.
Jakby sprawdzał, czy stacja nadal stoi.
Podniosłem głowę.
— Nie przedrzeźniaj go — powiedziałem.
Głos nie wyszedł mi zbyt mocny.
Ale wyszedł.
Chłopcy się zatrzymali.
— Co?
— To mój brat. Nie przedrzeźniaj go.
Mruknęli coś, zaśmiali się i poszli dalej. Bez przeprosin. Bez ładnej sceny.
Po prostu poszli.
Ignaś wyjął pociąg.
— Powiedziałeś — odezwał się.
— Powiedziałem.
— Dobrze.
Dla niego to wystarczyło.
Dla mnie nie.
Następnego ranka sam podszedłem do pani Anny i podałem jej kartkę.
— Można powiesić.
Zapytała:
— Jesteś pewien?
Powiedziałem szczerze:
— Nie.
Lekko się uśmiechnęła.
— Ale chcesz?
— Tak.
Po drugiej lekcji mój tekst wisiał na tablicy.
Przechodziłem obok kilka razy i udawałem, że mnie to nie obchodzi. Tak naprawdę za każdym razem czytałem pierwsze zdanie, jakbym sprawdzał, czy nadal tam jest.
Po szkole przyszła mama z Ignasiem.
On zobaczył kartkę pierwszy.
— To ja?
— Ty — powiedziała mama.
— I Maks?
— I Maks.
Brat wyjął zielony pociąg z kieszeni i postawił go na parapecie pod tablicą.
— Tu stacja — powiedział.
Mama spojrzała na mnie.
Nie odpowiedziałem.
Bo w tamtej chwili zrozumiałem, że nie zrobiłem nic wielkiego. Po prostu przestałem chować kogoś, kogo kochałem.
A Ignasiowi to wystarczyło, żeby nazwać to miejsce stacją.
Minęło wiele lat.
Czerwona peleryna leży u mamy w szafie. Zielony pociąg Ignaś nadal ma. Jest jeszcze bardziej porysowany, ale cały na tyle, na ile trzeba.
Mój brat do dziś czasem mówi:
— Jeszcze raz.
Kiedy coś mu nie wychodzi.
Kiedy ludzie mówią za szybko.
Kiedy dzień jest ciężki.
A ja do dziś uczę się od niego, żeby nie wstydzić się miłości.
Bo wstyd mija.
Cudze spojrzenia też.
A brat, który wierzy, że jesteś jego stacją, zostaje już na całe życie.