Wyszłam za mąż za niewidomego mężczyznę, bo wierzyłam, że nigdy nie będzie musiał oglądać części mnie, na które świat patrzył latami. Potem, w noc poślubną, obrysował blizny po oparzeniach na mojej skórze, nazwał mnie piękną i wyznał coś, co roztrzaskało każdą cząstkę bezpieczeństwa, którą myślałam, że w końcu odnalazłam.
W poranek mojego ślubu moja siostra rozpłakała się przede mną.
Lorie stała za mną w przymierzalni kościelnej, zakrywając usta dłońmi, wpatrując się w moje odbicie, jakby wciąż widziała pod koronką i starannie nałożonym makijażem 13-letnią dziewczynkę, którą kiedyś byłam.
Moja sukienka była w kolorze kości słoniowej z długimi rękawami i wysokim dekoltem, wybrana zarówno ze względu na zakrycie, jak i elegancję, choć Lorie upierała się, że jest przepiękna, aż w końcu pozwoliłam temu słowu zaistnieć w pokoju bez sprzeciwu.
„Wyglądasz pięknie, Merry” – wyszeptała, a łzy spływały jej po policzkach.