Straciłam mojego ojczyma, Michaela, pięć dni temu. Zmarł na raka trzustki – szybko i brutalnie; miał 78 lat i zniknął jak dym.
„Byłaś dla niego wszystkim, Clover” – wyszeptał ktoś, trzymając mnie za rękę, jakbym miała odpłynąć.
Kiwałam głową i powtarzałam „dziękuję” raz po raz – i oczywiście mówiłam szczerze. Ale żadne ze słów nie dotarło do mnie.
Moje dzieciństwo z Michaelem
Stałam przy urnie, obok zdjęcia Michaela mrużącego oczy w słońcu, z olejem na policzku. To zdjęcie stało na jego stoliku nocnym od lat i teraz wydawało mi się czymś zastępczym, zastępstwem dla człowieka, który nauczył mnie zmieniać oponę i z dumą pisać swoje imię.
Michael poznał moją matkę, Carinę, gdy miałam dwa lata. Pobrali się podczas cichej, kameralnej ceremonii. Nie pamiętam ślubu ani życia przed nim. Moje najwcześniejsze wspomnienie to siedzenie na jego ramionach na festynie powiatowym, jedną lepką ręką ściskając balon, a drugą wplątując się w jego włosy.
Moja matka zmarła, gdy miałam cztery lata – to wyrok, z którym żyłam całe życie.