Moja ręka powędrowała do medalionu na mojej szyi.
„Megan, co…?”
Wcisnęłam mu telefon w dłonie. „Spójrz na to. Tylko… tylko spójrz”.
Oglądał transmisję na żywo w milczeniu.
„Wyobraźmy sobie przez chwilę, że to Bill… jeśli to NAPRAWDĘ nasz syn…”
Złapałam go za nadgarstek, całe moje ciało drżało. „Musimy się z nim spotkać. Nieważne, co mnie to będzie kosztować”.
Po raz pierwszy od 15 lat nadzieja wydawała się ostra i niebezpieczna.
„Nieważne, co mnie to będzie kosztować”.
***
Nie spałam. Pisałam i kasowałam wiadomości kilkanaście razy, zanim w końcu wysłałam:
„Cześć. Narysowałaś mnie podczas transmisji na żywo. Chyba się znamy. Możemy się spotkać?”
Nie mogłam powiedzieć: „Jestem twoją matką”. A co, jeśli się myliłam? Co, jeśli mnie zablokował?
Mike krążył przy drzwiach z dzikim wzrokiem. „A co, jeśli to po prostu ktoś do niego podobny, Megan? Co, jeśli…”
„Muszę wiedzieć” – powiedziałam. „Nawet jeśli to boli”.
Odpowiedź nadeszła, gdy pierwsze promienie słońca przedostały się przez zasłony.
„Naprawdę? Jasne. Oto adres”.
Mieszkał ponad 3200 kilometrów stąd. Zarezerwowałam loty, zanim opadła ze mnie odwaga.
„Chyba się znamy. Możemy się spotkać?”
Mike pomógł mi się spakować. Wydawał się jednocześnie delikatny i smutny. Złożył koszulkę Billa w dinozaury – teraz miękką i wyblakłą – i wsunął ją do mojej torby.
„Jesteś pewna, że jesteś gotowa, Meg?”
„Nie. Ale czekałam za długo, żeby teraz zawrócić”.
***
Na lotnisku kurczowo trzymałam się koszuli Billa, wdychając zapach starego detergentu i kurzu. W samolocie
Mike ścisnął moją dłoń, zataczając kciukiem kółka. „Jeśli to nie on…”
„W takim razie wracamy do domu i szukam dalej”.
Skinął głową, a w jego oczach napłynęły łzy.
Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie twarz Billa – dziesięciolatka, policzki umazane brudem, oczy błyszczące psotnym blaskiem.
„Zbyt długo czekałam, żeby teraz zawrócić”.
***
Wylądowaliśmy w mieście pełnym obcych ludzi, wiosenny wiatr był zimny i przenikliwy. Mike wynajął samochód, bębniąc palcami w kierownicę przez całą drogę.
„Powinniśmy zadzwonić na policję, wiesz. Na wszelki wypadek”.
„Jeśli się mylę, będę z tym żyć” – powiedziałam. „Ale jeśli mam rację… nie będę ryzykować, że znowu go stracę, bo czekałam, aż ktoś inny mi powie, co mam robić”.
Gdy zbliżaliśmy się do adresu, żołądek mi się ścisnął. Domy były schludne i zwyczajne; Świeżo skoszone trawniki, dumnie powiewające flagi.
Mike zaparkował przed wyblakłymi, niebieskimi drzwiami. Wpatrywałam się w nie z bijącym sercem.
„Powinniśmy zadzwonić na policję”.
„Poczekam tu, jeśli chcesz” – powiedział Mike drżącym głosem.
Pokręciłam głową. „Nie. Chcę, żebyś ze mną poszła”.
Podeszliśmy razem do drzwi. Zapukałam, trzy krótkie puknięcia. Tak jak Bill, gdy zapominał kluczy.
Drzwi się otworzyły.
W kadrze stał młody mężczyzna, wysoki, o zielonych oczach i znajomy. Spojrzał na nas z niepokojem.
„W czym mogę pomóc?”