„Czekaj” – powiedziałam, a mój głos w końcu zadrżał. „Idź tam i wnieś to do garażu. Oderwij materiał spod obicia siedzenia tymi nożycami, Mark. Jeśli się mylę, sama podpiszę papiery rozwodowe. Spakuję torbę i wyjadę dziś wieczorem. Ale jeśli się mylę… musisz wybrać między nami a nim”.
Zanim poznałem Marka, przez sześć lat pracowałem jako starszy likwidator szkód w firmie ubezpieczeniowej Apex Tech w Chicago. Moją specjalnością były oszustwa o dużej wartości i katastrofalne w skutkach awarie produktów. Spędziłem tysiące godzin na rozbieraniu zniszczonej elektroniki, identyfikowaniu uszkodzonych obwodów i znajdowaniu ukrytych szwów, gdzie ludzie próbowali ukryć swoje kłamstwa. Wiedziałem, jak rzeczy są zbudowane. Co ważniejsze, wiedziałem, jak je modyfikowano.
W garażu było zimno, oświetlonym jedynie migoczącymi, brzęczącymi świetlówkami fluorescencyjnymi nad głową. Deszcz walił o aluminiową bramę garażową, tworząc ogłuszający werbel. Mark wciągnął mokry, zabłocony fotel samochodowy na mój solidny, drewniany stół warsztatowy. Ciężko dyszał i wpatrywał się we mnie gniewnie.
„Spójrz na tę skórę” – zadrwił Mark, a jego głos ociekał jadowitym sarkazmem, gdy podawałem mu nożyczki. „To prawdziwa włoska skóra. Niszczysz dzieło sztuki tylko po to, żeby udowodnić jakąś paranoiczną fantazję”.
Zignorowałem go. Podszedłem do ławki i odebrałem nożyczki. „Ja to zrobię”.
Wbiłem czubek ciężkiego ostrza w nieskazitelny szew przy zagłówku. Dźwięk rozrywania był głośny w wilgotnym powietrzu. Przeciąłem oparcie wzdłuż, zdzierając luksusową skórę. Pod spodem znajdowała się warstwa standardowej pianki memory.
Mark prychnął. „O nie. Pianka. Dzwoń do FBI”.
Nie zareagowałem. Mój wzrok był skupiony na integralności strukturalnej podstawy. Wbiłem palce w piankę i odrywałem ją kawałkami. Tam, przyklejony do ramy z włókna węglowego, znajdował się szew uszczelniony przemysłowym klejem, który nie powinien znaleźć się w produkcie konsumenckim. Wcisnąłem nożyczki w szczelinę i podważyłem. Plastik pękł.
Odsunąłem grubą warstwę gęstej, odpornej na ciepło izolacji.
Pod spodem nie było oczekiwanej listwy zabezpieczającej. Zamiast tego, starannie wciśnięta w specjalnie wyfrezowaną wnękę, znajdowała się elegancka, czarna, metalowa skrzynka. Wychodziły z niej grube, izolowane przewody, podłączone bezpośrednio do ciężkiego, wysokopojemnego akumulatora litowo-jonowego – źródła ciepła.
Sarkazm Marka natychmiast zniknął. Powietrze uleciało mu z płuc z ostrym sykiem. Pochylił się do przodu, zaciskając dłonie na krawędzi stołu warsztatowego tak mocno, że aż zbielały mu kostki.
„Co…” wyjąkał, a gniew uleciał z jego głosu, zastąpiony narastającym, lodowatym przerażeniem. „Co to jest? Czy to… lokalizator GPS?”
Lokalizator GPS nie będzie potrzebny
Bateria takiej wielkości, pomyślałem. Nie odpowiedziałem mu. Kopałem dalej. Podążyłem za delikatnym, cienkim jak włos kablem biegnącym wzdłuż grzbietu fotela, tuż za zagłówkiem. Wziąłem latarkę z ławki i poświeciłem nią prosto na wyhaftowane logo Silver Cross.
W samym środku litery „O” w słowie „Cross”, idealnie wtopiony w czarną nitkę, znajdował się maleńki, szklany otworek. Obiektyw o wysokiej rozdzielczości, szerokokątny. Był ustawiony tak, aby idealnie uchwycić dziecko, z wystarczająco szerokim polem widzenia, by uchwycić osobę siedzącą na miejscu kierowcy.
Mark cofnął się, wpadając na stos pojemników do przechowywania. Wyglądał, jakby miał zwymiotować.