Dwa dni po tym, jak moja córka dała pluszowego królika płaczącej dziewczynce w szpitalnej poczekalni, przed naszym budynkiem zatrzymała się czarna limuzyna. Mężczyzna, który z niej wysiadł, nie pytał o mnie. Zapytał o moją córeczkę i powiedział, że to pilne.
Poranek był cichy, do czego zdążyłam się przyzwyczaić. Wsypałam płatki do miski Mabel i wsłuchiwałam się w syczenie kaloryfera, odliczając godziny do jej wizyty kontrolnej, tak jak zawsze, z uciskiem za żebrami, którego nigdy do końca nie otrząsnęłam.
Mabel weszła do środka, w za dużych skarpetkach, z panem Królikiem pod pachą jak paszportem, bez którego nigdy nie wyjedzie.
Mabel miała cztery lata, kiedy wszystko się rozpadło po raz pierwszy.
„Mamo, czy to ten sam lekarz dzisiaj?”
„Ten sam, kochanie. Dr Patel. Ona cię lubi.”
„Czy pan Króliczek też musi dostać zastrzyk?”
Uśmiechnęłam się i odgarnęłam jej włosy za ucho. „Dzisiaj żadnych zastrzyków. Po prostu słucham serca”.
Skinęła głową, ale jej uścisk na króliku stał się mocniejszy. Jedno ucho zgięte, jedno oko podrapane, futro starte od trzech lat przeciskania się przez każdy korytarz i każdą igłę. Mabel miała cztery lata, kiedy wszystko się rozpadło po raz pierwszy, a Pan Królik był przy tym przez cały czas.
„Mamo, myślisz, że szpitale pamiętają o dzieciach?”
W samochodzie przycisnęła policzek do szyby.
„Mamo, myślisz, że szpitale pamiętają o dzieciach?”
„Co masz na myśli, kochanie?”
„Czy wiedzą, że to ja wracam?”
Ścisnęło mnie w gardle. „Myślę, że grzeczne dzieci tak”.
Usłyszeliśmy płacz w pobliżu automatów.
***
Poczekalnia dla dzieci była pełna, kiedy przyjechaliśmy; wszystkie plastikowe krzesła były zajęte, a rodzice balansowali kubkami z kawą i papierami. Mabel przytuliła się do mnie, a Pan Królik pod jej brodą.
Potem usłyszeliśmy płacz kogoś w pobliżu automatów.
Stała tam sama mała dziewczynka z luźną bransoletką szpitalną na nadgarstku. Jej policzki lśniły od wilgoci, a dłonie zaciskały się na przodzie swetra, jakby próbowała się opanować.
Mabel znieruchomiała obok mnie. Przez dłuższą chwilę obserwowała dziewczynkę, z takim wyrazem twarzy, jakby miała więcej niż siedem lat. Potem zsunęła się z krzesła.
Wzięła go obiema rękami, powoli, jakby miał się złamać.
„Kochanie” – powiedziałem – „dokąd idziesz?”