CZĘŚĆ 1
„Nie róbcie zdjęć tej kobiecie” – rozkazał Alejandro de la Vega tak ostrym głosem, że dziennikarze natychmiast opuścili aparaty.
Dyrektor medyczny Fundacji San Gabriel właśnie wręczył przed dziesiątkami reporterów darowiznę w wysokości osiemdziesięciu milionów pesos na pomoc bezdomnym w czasie zimy w mieście Meksyk. Jego włoski garnitur, zegarek kolekcjonerski i opancerzony SUV, który na niego czekał, stanowiły jaskrawy kontrast z namiotami rozstawionymi pod mostem na Circuito Interior, niedaleko Río Churubusco.
Alejandro przyszedł, żeby pozować, uśmiechnąć się i odejść. Ale potem ją zobaczył.
Chuda kobieta przeciskała się przez stare plandeki, opierając się na dwóch kulach. Brakowało jej prawej nogi poniżej kolana. Długie, splątane włosy zasłaniały jej część twarzy. Kiedy spojrzała w górę, Alejandro poczuł, jak powietrze uchodzi mu z płuc.
To była jego była żona, Mariana Aldama.
Piętnaście lat wcześniej Mariana mieszkała w rezydencji w Las Lomas, organizowała kolacje dla ludzi biznesu i towarzyszyła Alejandrowi na każdym przyjęciu w szpitalu. Teraz nosiła połatany sweter, znoszoną spódnicę i kule spięte szarą taśmą.
„Mariana?” wyszeptał.
Rozpoznała go. Jej oczy wypełniły się przerażeniem, a nie zdziwieniem. Odwróciła się i spróbowała odejść.
-Czekać!
Alejandro pobiegł za nią. Mariana przyspieszyła, ale jedna z jej kul złamała się i upadła na chodnik. Kilku wolontariuszy podbiegło, żeby jej pomóc.
“Nie dotykaj mnie!” krzyknęła, zakrywając twarz.
Alejandro uklęknął kilka kroków dalej.
—Pozwól, że ci pomogę.
Mariana spojrzała na niego ze łzami wściekłości.
—Wystarczająco mi już pomogłeś, kiedy wyrzuciłeś mnie z domu, gdy byłam w ciąży.
Dziennikarze słuchali. Kamery znów się włączyły. Szef komunikacji próbował je zablokować, ale było za późno.
Alejandro pozostał nieruchomy.
-W ciąży?
Mariana zacisnęła usta, jakby wyznała coś, co przysięgła zabrać ze sobą do grobu. Wstała z pomocą wolontariusza i ruszyła w stronę swojego namiotu.
—Mariana, nie wiedziałam…
Zamknęła przed nim plandekę.
Alejandro klęczał, a wokół niego wciąż błyskały flesze aparatów. Pamiętał dzień, w którym poprosił ją o rozwód po trzech poronieniach. Pamiętał swoją matkę, Beatriz de la Vegę, która powiedziała mu, że rodzina taka jak ich potrzebuje dziedzica. Pamiętał też Renatę Montes, córkę wpływowego biznesmena farmaceutycznego, i milionowy kontrakt, który podpisał wkrótce po ślubie.
Przez lata był przekonany, że Mariana przyjęła trzydzieści tysięcy dolarów i odeszła, nie oglądając się za siebie.
Tego popołudnia, zanim wsiadł do ciężarówki, wydał rozkaz swojej sekretarce:
—Zbadaj każdy dzień życia Mariany od czasu, gdy opuściła mój dom. Chcę wiedzieć, gdzie mieszkała, kto jej towarzyszył i dlaczego straciła nogę.
Cztery dni później sekretarz wszedł do jego biura z przygnębioną miną. Położył na biurku akt urodzenia, a na nim akt zgonu.
—Doktorze… miał pan syna. Nazywał się Mateo Aldama.
Alejandro spojrzał na datę śmierci i miał wrażenie, że świat się rozpada.
Dziecko zmarło w wieku dziesięciu lat podczas budowy finansowanej przez Fundację San Gabriel.
A podpis upoważniający do wymazania wypadku należał do jego matki.
Nie potrafiłem sobie wyobrazić, co odkryję…
CZĘŚĆ 2
Alejandro czytał akta do świtu. Mateo urodził się osiem miesięcy po rozwodzie. W akcie urodzenia miejsce poświęcone ojcu było puste. Mariana wychowywała go samotnie w kamienicy w dzielnicy Doctores, pracując wczesnym rankiem przy sprzątaniu stacji metra, a popołudniami zbierając tekturę.
Były też zdjęcia szkolne. Mateo miał ten sam pieprzyk przy brwi co Alejandro i uśmiech, który przypominał mu zmarłego ojca.
„Jak umarł?” zapytała łamiącym się głosem.
Jego sekretarka położyła na stole kolejny dokument.
—Oficjalny raport wspomina o drobnej awarii podczas rozbudowy szpitala. Nie wspomina o ofiarach. Znaleźliśmy jednak kopię oryginalnego dziennika pokładowego: dziecko zostało zmiażdżone na śmierć przez metalową konstrukcję, a Mariana straciła nogę, próbując go ratować.
—Dlaczego Mateo był na placu budowy?
—To jest najgorsza część.