Następnego ranka Klara stała na lotnisku. Słońce przebijało się przez szklaną kopułę, światło tańczyło na podłodze, gdzie ludzie spieszyli się z walizkami, śmiech, zapach kawy, nowe możliwości. Nikt nie wiedział, że dziś dla każdego z nich zaczyna się nowe życie. Zapadł się w fotel przy oknie i w końcu westchnął. Jego telefon wibrował bez przerwy – Márk, Mária, na ekranie migały powiadomienia o nieodebranych połączeniach. Włączył tryb samolotowy. Samolot oderwał się od ziemi i dopiero wtedy popłynęły łzy – ciche, lekkie. Ale to nie były łzy bólu. To były łzy wolności. *** Tydzień później Márk wrócił do domu. Mieszkanie powitało go w milczeniu. Kláry nigdzie nie było. Ani jego ubrań, ani książek, ani nawet kubka z napisem „Miej wielkie marzenia”. Na lodówce była karteczka: „Dziękuję za lekcję. Teraz wiem, czego chcę”. Mężczyzna osunął się na kanapę, próbując pojąć, kiedy jego życie wymknęło się spod kontroli. Zadzwonił telefon – to Mária, narzekająca, że „ta niewdzięczna kobieta uciekła”. Márk słuchał tylko ułamkiem ucha, czując w sobie pustkę. Tam, gdzie wcześniej była pewność siebie, teraz panowała zimna pustka. Tymczasem Klára siedziała na tarasie kawiarni na wybrzeżu Sycylii. Przed nią stała filiżanka kawy, słońce i wiatr, o którym tak bardzo marzyła. Wokół niej ludzie się śmiali, ktoś grał na gitarze, życie tętniło. Otworzyła książkę, uśmiechnęła się i pomyślała: „Czasami, żeby odetchnąć, musimy puścić wszystko”. I po raz pierwszy od dawna nie czuła wyrzutów sumienia – tylko lekkość.
„Moja mama zachorowała, musisz przełożyć urlop” – powiedział Márk, nie podnosząc wzroku, starannie pakując złożone koszule do walizki.