Kolejne tygodnie były jak mgła, wypełnione pracownikami socjalnymi i rozmowami kwalifikacyjnymi, podczas których moi nauczyciele potwierdzali, że od miesięcy miałam problemy z zasypianiem. Nawet pani w lokalnym sklepie spożywczym przyznała, że zawsze widziała, jak kupuję pieluchy i mleko zamiast mamy.
Mój ojciec w końcu wyznał, że często opuszczałam szkołę, żeby zostać w domu i pełnić rolę matki zastępczej dla rodzeństwa. Państwo pozwoliło mi zostać z ciocią Heleną i w końcu na nowo odkryłam luksus normalnego, codziennego rytmu.
Wróciłam do szkoły i zaczęłam rzadziej ponosić porażki, bo miałam czas i energię, by skupić się na własnej przyszłości. Odkryłam, że nadal lubię czytać i że potrafię śmiać się z głupich rzeczy, kiedy nie martwię się ciągle o płaczące niemowlę.
Najtrudniejsza była tęsknota za moimi młodszymi braćmi, Mateo i małym Samuelem, ponieważ nie zostawiłam ich z braku miłości. Widywałam ich w weekendy pod opieką i długo zajęło mi uświadomienie sobie, że jestem ich siostrą, a nie matką.
Dwa miesiące później urodziło się siódme dziecko – dziewczynka o imieniu Faith – i czułam dziwny smutek z powodu ciężaru, który pewnego dnia będzie musiała dźwigać. Moi rodzice zostali zmuszeni do skorzystania z programu wsparcia dla rodzin i po raz pierwszy moja mama musiała usłyszeć, że nie zawdzięczam jej życia.
Siedemnaste urodziny obchodziłam w domu Heleny z krzywym tortem i kilkoma bliskimi przyjaciółkami ze szkoły. Kiedy zdmuchnęłam świeczki, nie życzyłam sobie niczego wielkiego, prosiłam tylko, abym nigdy nie zapomniała, że mam prawo do własnego dzieciństwa.