Głos urwał się w pół słowa. Nazbyt szeroki uśmiech powrócił.
„Już słyszy” – powiedziała istota.
Odette otworzyła duże czerwone drzwi.
Przenikliwy oddech wypełnił dom. Schody do piwnicy pogrążyły się w gęstej ciemności. Drewniane stopnie były wilgotne. Daleko w dole coś się poruszało.
Lampa sztormowa Marca, która spadła na korytarz, rzucała akurat tyle światła, by odsłonić sylwetkę.
Wysoki.
Chudy.
Nieruchomy.
Mężczyzna bez oczu.
Jego twarz miała tylko czarne zagłębienia w miejscu, gdzie powinny być oczodoły. Mimo to Claire wiedziała, że ich obserwuje. I czeka.
Istota w ciele Mathieu cofnęła się.
Po raz pierwszy poczuła strach.
„Zamknij drzwi, staruszko”.
Odette, drżąc, stanęła przed drzwiami.
„Miałaś mojego męża. Miałaś mojego syna przez lata. Nie będziesz miała mojej wnuczki”.
„To już nie zależy od ciebie”.
Ciało Mathieu rzuciło się na nią. Claire krzyknęła. Ale zanim stwór dosięgnął Odette, Mathieu odzyskał panowanie nad sobą. Jego stopa zatrzymała się zaledwie kilka centymetrów od progu. Twarz wykrzywił mu potworny ból.
„Mamo… dlaczego?”
Odette osunęła się na kolana.
„Chciałam uratować twojego ojca”.
„Skazałaś mnie na śmierć”.
Słowa odbiły się echem po domu niczym wyrok.
Odette wyciągnęła ręce po syna, ale Claire ją powstrzymała.
„Nie rób tego”.
Mathieu patrzył teraz na Juliette. Jego rysy drżały, przytłoczone tym, co rosło w jego wnętrzu.
„Moja mała…”
Dziewczynka szlochała.
„Tato, chodź z nami”.
„Nie mogę”.
„Proszę”.
Uśmiechnął się. Prawdziwym uśmiechem, maleńkim, bolesnym, uśmiechem Mathieu.
„Pamiętasz naszą piosenkę o ciasteczkach?”
Juliette skinęła głową,
Nie dało się mówić.
„Więc śpiewaj to w myślach, kiedy się boisz. Nie na głos. W myślach. A jeśli cię wezwie… nigdy nie odpowiadaj”.
Stwór krzyknął, a jego usta wróciły.
„Dość!”
Ciało Mathieu wygięło się do tyłu, kości zatrzeszczały w odruchu szamotaniny. Obecność piwnicy zdawała się go przyciągać. Bezoki mężczyzna na dole uniósł głowę.
A raczej to, co służyło za jego głowę.
Claire zrozumiała przed innymi.
Mathieu nie można było uratować.
Ale wciąż mógł wybrać, gdzie się znajdzie.
Puściła Juliette i podeszła do niego, mimo krzyków Odette.
„Mathieu, spójrz na mnie”.
Potwór zadrwił.
„Prawie nic nie zostało”.
„Mathieu”.
Na sekundę wrócił.
Claire położyła dłoń na jego zimnym policzku. Chciała krzyczeć na martwą skórę, na zapach ziemi, na niesprawiedliwość pożegnania z mężczyzną, którego właśnie pochowała.
„Kocham cię” – wyszeptała.
Jego oczy wypełnił przerażający spokój.
„Ja też”.
Potem odepchnął Claire gwałtownym gestem, nie po to, by ją zranić, ale by się od niej oddalić.
Stwór zrozumiał.
„Nie”.
Mathieu odwrócił się w stronę schodów.
„Zabierz mnie” – powiedział do ciemności.
Bezoki mężczyzna otworzył usta o wiele za szeroko.
Stwór wydał z siebie krzyk, który nie należał ani do człowieka, ani do zwierzęcia. Próbowała uczepić się framugi drzwi, ale dłonie Mathieu oderwały się od drewna.
„Juliette, zamknij oczy!” – krzyknęła Claire.
Ale dziecko nie posłuchało. Patrzyła, jak ojciec dokonuje ostatecznego wyboru.
Mathieu rzucił się w dół schodów.
Jego ciało uderzyło o stopnie z głuchym łoskotem, a potem zniknęło w ciemności. Stwór wciąż krzyczał, jego głos mieszał się z głosem Mathieu, a potem z czymś głębszym, bardziej głodnym.
Na dole rozległ się huk.
Potem odgłosy wilgoci.