Kamil zadzwonił w piątek. Pytał o nogę, o ciśnienie, o to, czy Krysia wpadła na herbatę. Słuchałam jego głosu i szukałam w nim czegoś – wyrzutów sumienia, zniecierpliwienia, troski. Było wszystkiego po trochu. Mój syn nie był złym człowiekiem. Moja córka też nie. To było gorsze niż gdyby byli.
W sobotę pojechałam autobusem na Grabiszyn, na grób Leszka. Wziąłam świeże astry, poprawiłam znicz, usiadłam na ławce obok. Nie modliłam się. Rozmawiałam.
– Leszek, twoje dzieci chcą mnie oddać – powiedziałam. Brzmiało to śmiesznie. Brzmiało też prawdziwie.
Wracając, spotkałam w autobusie Janinę, dawną koleżankę ze szkoły. Janina miała osiemdziesiąt dwa lata i od roku mieszkała u córki w Opolu. Opowiadała, że tam ładnie, że wnuki blisko, że córka gotuje. Ale oczy miała smutne.
– Wiesz, Lucynko – powiedziała – tam wszystko jest ich. Ich kuchnia, ich porządek, ich rozkład dnia. Ja się dopasowuję. Rano czekam, aż zejdą na dół, bo nie chcę sama włączać ekspresu. To głupie, ale tak jest.
Nie powiedziałam jej o tym, co słyszałam. Ale kiedy wysiadła, pomyślałam, że Janina nie mówi o ekspresie do kawy. Mówi o tym, że jej dom jest teraz czyimś domem. I że ona w nim jest gościem, który nie może wyjść.
Dwa tygodnie po imieninach zadzwoniłam do Ani.
– Przyjdziesz w niedzielę? – zapytałam. – Sama. Bez Kamila, bez Kacpra, bez dzieci. Chcę z tobą porozmawiać.
Ania przyjechała z ciastem drożdżowym i niepokojem w oczach. Usiadłyśmy w kuchni, jak zawsze.
– Słyszałam was – powiedziałam. – Na imieninach. Za drzwiami.
Ania postawiła filiżankę na spodku z takim stukiem, jakby chciała ją złamać.
– Mamo…
– Nie przerywaj mi. Piekłam wam tort od szóstej rano. Orzechowy, bo Kamil lubi. I stałam z tym tortem i słyszałam, jak ustalasz z bratem, kiedy będzie łatwiej znaleźć mi miejsce. Na moich imieninach.