
Na poczcie, w kolejce po emeryturę, odwróciła się do mnie kobieta i spytała, czy jestem panią Wiesławą z podstawówki w Ozorkowie.
Powiedziała, że przez całą zimę dokładałam jej kiedyś na obiady, bo w domu się nie przelewało. Nie pamiętałam jej twarzy. Ona pamiętała mnie czterdzieści lat.
Są rzeczy, które robisz odruchowo, bez zastanowienia, i zapominasz o nich następnego dnia. A potem, po czterdziestu latach, ktoś obcy mówi ci, że właśnie to zmieniło mu życie – i nie wiesz, co z tym zrobić.
Stałam wtedy w kolejce na poczcie przy Piotrkowskiej w Łodzi, trzecia od końca, z dowodem w ręku i numerkiem sto czterdzieści siedem. Luty, za oknami szarówka, kaloryfer przy ścianie ledwo ciepły.
Przede mną starszy pan w kurtce z kołnierzem z owczej skóry wzdychał co minutę, a za mną kobieta w bordowej kurtce puchowej stała tak blisko, że czułam jej perfumy – coś kwiatowego, za mocnego jak na tak małe pomieszczenie.
I nagle ta kobieta dotknęła mojego ramienia.
– Przepraszam – powiedziała. – Czy pani jest… czy pani jest panią Wiesławą? Wiesława Majewska? Z podstawówki w Ozorkowie?
Odwróciłam się. Twarz okrągła, jasne oczy, włosy ściągnięte w kucyk. Mogła mieć koło pięćdziesiątki. Kompletnie mi obca.
– Tak, jestem Wiesława – odpowiedziałam ostrożnie. – Ale Majewska to moje panieńskie. Skąd pani…
– Wiedziałam! – Jej oczy zrobiły się wilgotne i aż cofnęłam się o pół kroku. – Pani mnie nie pamięta, prawda? Jestem Ania. Ania Kubiak. Byłam w pani klasie, czwarta “b”, rok osiemdziesiąt pięć.
Czwarta “b”. Rok osiemdziesiąt pięć. Mój pierwszy rok pracy. Miałam dwadzieścia trzy lata, dyplom z pedagogiki wczesnoszkolnej z łódzkiego uniwersytetu i strach, że dzieci mnie zjedzą żywcem.
Pamiętam salę na parterze z zielonymi ścianami, pamiętam zapach kredy i mleka, które przynosiło się w butelkach w drucianej skrzynce. Ale twarzy? Po czterdziestu latach i setkach uczniów?