
Na pogrzebie mojej córki, w bezlitosnym teksańskim słońcu, świat pachniał świeżo rozkopaną ziemią, więdnącymi różami i zwietrzałą kawą z sali weselnej. Ręka zdrętwiała mi od uścisków dłoni i przyjmowania kondolencji, ale to nie to utrzymało mnie na nogach. To trzy małe dłonie ściskające moją czarną marynarkę, jakbym była ostatnią solidną rzeczą, jaka pozostała w rozpadającym się świecie.
Olivia, najstarsza, stała sztywno, z zaciśniętą szczęką, jak żadne dziecko nie powinno. Sophie wpatrywała się w trumnę, jakby mogła odzyskać rozum, gdyby tylko spojrzała wystarczająco uważnie. Oczy małej Grace były opuchnięte i zaczerwienione – płakała bezgłośnie tak długo, że wydawało się, że straciła głos.