Zaczęło się od drobnych próśb, takich jak pieniądze na zakupy, rachunki za leczenie czy czesne, ale potem, po stracie męża, wprowadziła się jej siostra Jean. Obiecali, że to tylko kilka dni, ale te dni przeciągnęły się do kilku miesięcy.
Moje domowe biuro zamieniło się w ciasny pokój gościnny, gdzie biurko było zawalone śpiworami i walizkami. Podczas spotkań zarządu byłem zmuszony pracować przy kuchennej wyspie, z włączonym telewizorem i zmywarką.
Pani Gable ciągle przerywała mi wideorozmowy, żeby zapytać, co na obiad, a jeśli ośmieliłam się narzekać, wymówki były zawsze te same. „Ale ty już jesteś w domu, Mackenzie” – mówiła, wzruszając ramionami.