Odwrócił się do mnie plecami, chwycił mosiężną klamkę drzwi szatni i wyrwał je z ręki. Wyszedł na pół drogi, na jasno oświetlony korytarz.
„Ochrona!” warknął Marcus, a jego głos rozbrzmiał głośnym echem.
Dwóch potężnych, barczystych ochroniarzy hotelowych w ciemnych garniturach natychmiast pobiegło w jego kierunku.
„Ta kobieta weszła na cudzy teren” – rozkazał Marcus, wskazując drżącym palcem na mnie, na ciemny pokój. „Jest niezrównoważona i napadła na mnie. Natychmiast wyrzućcie tę szaloną sukę z mojego budynku! Wyrzućcie ją tylnymi drzwiami dla obsługi. Jeśli spróbuje wrócić, niech ją aresztują”.
Dwaj strażnicy wpadli do szatni. Chwycili mnie brutalnie za ramiona i postawili na nogi. Nie stawiałem oporu. Nie krzyczałam. Nie błagałam Marcusa o litość.
Pozwoliłam im wywlec mnie z pokoju długim, sterylnym korytarzem służbowym i agresywnie wypchnąć przez ciężkie metalowe drzwi w zimny, ciemny, mokry od deszczu zaułek za hotelem.
Gdy ciężkie metalowe drzwi zatrzasnęły się za mną z głośnym, donośnym brzękiem, stanęłam sama w lodowatej alejce.
Grzbietem dłoni otarłam rozlaną, jaskrawoczerwoną krew z rozciętej wargi.
Spojrzałam na krew na skórze.
Wszelkie resztkowe, żałosne strzępki moralnego wahania, każda głęboko skrywana, głupia nadzieja na uratowanie mojego małżeństwa zniknęły całkowicie w tej alejce. Przemoc fizyczna zerwała ostatnią, nadszarpniętą więzę mojej empatii. Przekroczył absolutną, niewybaczalną granicę.
Marcus właśnie siłą, brutalnie wyrzucił mnie z sali balowej, żeby móc wrócić na scenę i wygłosić przemówienie zwycięskie jako genialny, samodzielnie dochodzący do wszystkiego prezes.
Wygładził smoking, wygładził włosy i wszedł z powrotem w mieniące się światłami gali, kompletnie, kompletnie i druzgocąco nieświadomy, że gdy szykował się do odebrania korony, ja już sięgałam do mojej taniej, marynarskiej torebki.