Nie była zwinięta w kłębek. Nie ssała kciuka. Leżała płasko na plecach, z rączkami niezgrabnie rozłożonymi na boki.
Rzuciłem się na łóżko i chwyciłem ją za ramiona. „Rosie? Kochanie, obudź się. Mama tu jest”.
Jej głowa opadła na materac. Była całkowicie bezwładna, jak szmaciana lalka.
Podniosłem ją do światła sączącego się przez szparę w zasłonach.
Serce mi stanęło.
Jej maleńkie, piękne usta miały przerażający, nieomylny odcień błękitu. Skóra wokół oczu była szara. Przycisnąłem ucho do jej piersi. Nic nie słyszałem. Spojrzałem na jej brzuch. Nie unosił się. Nie opadał.
Nie oddychała.
Zwierzęcy krzyk – dźwięk zrodzony z czystej, pierwotnej agonii – wyrwał się z najgłębszej części mojego gardła. To był dźwięk, którego nie wiedziałem, że może wydać człowiek.
Chwyciłem jej bezwładne, ciężkie ciało w ramiona i zeskoczyłem z łóżka, kładąc ją płasko na twardej, drewnianej podłodze. Odchyliłem jej brodę do tyłu, uszczypnąłem w nos i wdmuchnąłem powietrze w jej maleńkie usta. Jej klatka piersiowa lekko się uniosła.
Położyłem dwa palce na środku mostka i zacząłem gwałtownie uciskać. Jeden, dwa, trzy, cztery…
„Zadzwońcie na 911!” wrzasnąłem, łzy oślepiły mnie, a głos rozdarł struny głosowe. „NIECH KTOŚ ZADZWOŃCIE NA 911!”
Kroki zadudniły na schodach. W drzwiach pojawił się mój ojciec, Donald, z kieliszkiem szkockiej w dłoni. Jego twarz wykrzywiła się nie z przerażenia, lecz z głębokiej irytacji.
„Emma, co ty do cholery robisz?” warknął Donald, wchodząc do pokoju. „Przestań krzyczeć, straszysz gości! Ludzie patrzą w okna! Ona po prostu śpi, zostawcie ją w spokoju!”
„Ona nie oddycha!” Szlochałam, dając Rosie kolejny oddech. „Wezwijcie karetkę! Tato, proszę!”