Kobieta – jedna ze współpracowniczek Prestona – zajrzała za mojego ojca. Spojrzała na siną twarz Rosie, głośno sapnęła i natychmiast wyciągnęła telefon z torebki, gorączkowo wybierając numer drżącymi rękami.
„Potrzebujemy karetki!” – krzyknęła kobieta do telefonu, przepychając się obok mojego ojca. „Dziecko nie reaguje!”
Nagle do pokoju wparowała Natalie. Jej twarz poczerwieniała z wściekłości. Nie patrzyła na Rosie. Patrzyła na mnie.
„Psujesz przyjęcie mojej córki!” – syknęła Natalie, a jej oczy błyszczały dziko, całkowicie oderwane od rzeczywistości. Podeszła do mnie, ściskając w prawej ręce szyjkę ciężkiej, na wpół pustej butelki wina. „Zawsze musisz wszystko robić na swój sposób! Przestań udawać!”
„Odejdź ode mnie!” Krzyczałam, kontynuując uciskanie klatki piersiowej mojego dziecka. No dalej, Rosie. Proszę. Proszę.
„Przestań ją dotykać!” – krzyknęła Natalie.
Jednym szybkim, psychotycznym ruchem, napędzanym przez całe życie niepohamowanej wściekłości i absolutną pewnością, że może robić, co chce, bez żadnych konsekwencji, Natalie rzuciła butelką wina w dół, zataczając okrutny łuk.
Grube szkło roztrzaskało się o bok mojej głowy.
Oślepiający błysk białego, gorącego bólu eksplodował za moimi oczami, niczym fajerwerk detonujący w mojej czaszce. Odgłos tłuczonego szkła był ogłuszający, a zaraz po nim ciepły, gęsty, mdły strumień krwi spływający po mojej twarzy, oślepiający moje lewe oko i kapiący na żółtą sukienkę Rosie.
Widok mi się zamazał. Pokój gwałtownie się przechylił. Moje ramiona, które rytmicznie ściskały klatkę piersiową mojej córki, odmówiły mi posłuszeństwa i opadły pode mną.
„O mój Boże!” kobieta w telefonie krzyknęła, cofając się w czystej panice, gdy Natalie stała nade mną, trzymając się za poszarpaną, krwawiącą szyję
od rozbitej butelki.
Pomieszczenie gwałtownie zawirowało, zmieniając się w ciemny, zwężający się tunel. Próbowałem dosięgnąć Rosie, moje zakrwawione palce bezwiednie zaciskały się na podłodze.
Właśnie wtedy, gdy moja świadomość zapadła w ciemność, usłyszałem ponad krzykiem jakiś dźwięk.
To był ciężki, przeraźliwy, nieomylny odgłos ciężkich butów uderzających o drewniane schody.
Ktoś przyjechał.