„Myśli, że kiedyś będzie ważna” – oznajmiła wtedy Vanessa. „Biedna mała Nora Bell. Naprawdę wierzy, że tacy jak my będą jej podlegać”.
Wszyscy się śmiali.
Moja matka zmarła tamtej zimy. Ojciec upijał się do nieprzytomności każdej nocy. Zapisywałam te sny w tym dzienniku, bo papier był jedyną rzeczą w moim życiu, która się ze mnie nie śmiała.
Teraz Vanessa stała przede mną, owinięta w czerwony jedwab, diamenty i bogactwo na tyle ostre, że można było nią ciąć. Za nią jej mąż Grant niecierpliwie zerkał na swój złoty zegarek. Dwie kobiety ze starej paczki Vanessy filmowały wszystko telefonami.
„Jesteś cicho” – powiedziała Vanessa z samozadowoleniem. „Wciąż krucha?”
Spojrzałam na talerz. Potem znowu na nią.
„Nie poznajesz mnie”.
Uniosła brwi. „Powinnam?”
O mało się nie uśmiechnęłam.