Na tylnym siedzeniu nie położył się. Siedział i patrzył w okno. Potem położył pysk między fotelami i trącił mnie nosem w łokieć. Całą drogę tak robił. Kiedy zabierałam rękę, znowu trącał.
Sprawdzał.
Pojechałam do Elwiry.
Elwira to moja siostra. Nie byłyśmy czułymi przyjaciółkami. Potrafiłyśmy pokłócić się o głupotę i nie odzywać tygodniami. Ona od początku nie lubiła Seweryna i mówiła to zbyt wprost.
“On nie jest spokojny, Jagoda. On jest suchy. Nawet uśmiech ma jak paragon z banku.”
Obrażałam się. Mówiłam, że zazdrości mi, bo wreszcie mam normalny związek. Teraz to wspominam i mam ochotę sama sobie zamknąć usta.
Elwira otworzyła drzwi z widelcem w ręku. Pewnie jadła prosto z patelni. Mokre włosy, plama na koszulce.
“Czemu nie odbierasz?”
Potem zobaczyła Archiego.
“Co się stało?”
“Seweryn oddał go do schroniska.”
Powoli odłożyła widelec na szafkę.
“Powtórz.”
“Możemy wejść?”
W kuchni Elwiry było brudno, ciepło i normalnie. Chleb w torbie, kubki, skarpety na kaloryferze, pudło przy drzwiach, które miała wynieść już od miesiąca. Nikt nie krzywił się od sierści na moich spodniach. Nikt nie mówił, że pachnie psem.
Archi położył się przy kaloryferze. Nie spał. Patrzył na mnie.
Telefon zaczął wibrować. Seweryn. Aldona. Seweryn. Aldona. Wiadomości sypały się jedna po drugiej.
“Wróć do domu.”
“Zachowujesz się nienormalnie.”
“Jagodo, Seweryn na to nie zasłużył.”
“Nie kompromituj rodziny przed ślubem.”
Elwira wzięła mój telefon, położyła ekranem do dołu i przykryła kuchenną ścierką.
“Niech dzwonią do szmaty.”
Nalała mi kawy z puszki. Gorzkiej, taniej. Postawiła talerz z kanapką.
“Jedz.”
“Nie mogę.”
“To trzymaj. Ręce czymś zajmiesz.”
Trzymałam kanapkę i opowiadałam. O torbie, książeczce, dokumentach na Seweryna, ugryzieniu dziecka, pani Aldonie w schronisku. Elwira słuchała w milczeniu. Kiedy doszłam do “emocjonalnie niestabilna”, powiedziała:
“Co za gnida.”
Potem dodała coś o jego matce. Bardzo brzydko. Nie będę tego powtarzać, ale zrobiło mi się lżej. Wreszcie ktoś nazwał to nie “trudną sytuacją”, tylko tym, czym było.
W nocy Archi prawie nie spał. Kładł się, wstawał, kuśtykał do mnie, sprawdzał. Zeszłam z kanapy na podłogę. Elwira przyniosła koc.
“A ty w ogóle będziesz spała?”
“On się boi.”
“A ty nie?”
Nie odpowiedziałam.
Następnego dnia miał być obiad przed ślubem. Seweryn już napisał połowie gości, że mam “silny stres”, ale spotkanie się odbędzie, trzeba “spokojnie porozmawiać”. Elwira pokazała mi zrzut od wspólnej znajomej.
“Jagoda jest bardzo przywiązana do psa i teraz nie do końca adekwatnie reaguje. Nie naciskajcie na nią.”
Kiedy siedziałam u Elwiry w kuchni, on już rozsyłał ludziom, że mam stres i że jestem bardzo przywiązana do psa. Bez słowa “schronisko”. Bez słowa “ugryzienie”. Bez słowa “skłamał”.
“Nie chcę tam iść” — powiedziałam.
“A on właśnie chce, żebyś nie przyszła. I tyle.”
Pojechałyśmy do restauracji. Wzięłam książeczkę zdrowia Archiego, kopię oświadczenia, pismo doktora Madeja i obrożę. Obrożę wsunęłam do torby bez zastanowienia. Nie chciałam jej zostawiać w domu.
W restauracji pachniało mięsem, winem i świecami. Przy stole siedzieli jego rodzice, moja ciotka, para znajomych, ktoś z rodziny. Wszyscy rozmawiali cicho. Pani Aldona wstała pierwsza. Uśmiechnęła się. Oczami — nie.
“Jagodo, dobrze, że przyszłaś. Wszyscy się martwimy.”
Seweryn siedział obok niej. Zmęczony, blady. Jakby to on w nocy odbierał psa ze schroniska.
“Bez przedstawienia” — powiedział cicho. “Nie przy ludziach.”
Położyłam książeczkę Archiego na stole.
“To jego książeczka. Tu są choroby, szczepienia, leki. Tu nie ma ugryzienia dziecka.”
Pani Aldona wypuściła powietrze.
“Jagodo, to nie jest odpowiednie miejsce.”
“To wy wybraliście miejsce, kiedy zaczęliście pisać ludziom, że jestem nieadekwatna.”
Seweryn nachylił się do mnie.