Poszłyśmy korytarzem. Halina szła szybko. Widać było, że chodziła nim setki razy. Ja ledwo przestawiałam nogi. W boksach psy szczekały, skomlały, drapały podłogę. Jeden skakał na kratę, drugi leżał pyskiem do ściany.
Archi siedział w ostatnim boksie.
Trudno mu było siedzieć przez łapę, ale siedział. Krzywo, z opuszczoną głową. Na szyi było pusto. Nie wiem czemu, od razu spojrzałam właśnie tam. Bez obroży wyglądał jak zgubiony, chociaż stałam już przed nim.
“Archi” — powiedziałam.
Nie podniósł głowy od razu. Tylko ucho mu drgnęło.
“Arch.”
Spojrzał na mnie i nie wstał. Patrzył długo. Kucnęłam przy kracie.
“To ja. Przyjechałam.”
Zrobił krok. Łapa się poślizgnęła, prawie usiadł z powrotem. Potem się podniósł i wydał dźwięk, którego nie umiem zapomnieć. Jakby trzymał się cały dzień, a teraz już nie mógł.
Halina otworzyła boks.
Nie pobiegł, bo nie mógł. Łapa mu odjechała, uderzył bokiem o drzwiczki, a mimo to doszedł do mnie i wcisnął nos w kurtkę.
Usiadłam prosto na betonie. Miałam gdzieś brud. Głaskałam go po głowie, uszach, szyi i powtarzałam:
“Przepraszam. Jestem. Przepraszam, stary.”
Pachniał schroniskiem, strachem i mokrą sierścią. Uszy miał gorące, grzbiet zimny. Lizał mi palce i co chwilę podnosił oczy, sprawdzał.
Halina stała obok. Potem powiedziała:
“Na agresywnego nie wygląda.”
“Bo nie jest agresywny.”
“Już zrozumiałam.”
W biurze Archi położył się na moim bucie. Przycisnął go łapą, jakby mógł mnie zatrzymać. Halina postawiła przede mną szklankę wody. Trzymałam ją, ale nie piłam.
“Oto, co podpisał” — powiedziała i położyła formularze na stole. “Przekazanie. Zrzeczenie. Ryzyko behawioralne. Tu jest o ugryzieniu. Tu prośba, żeby nie kontaktować się z panią bezpośrednio, bo jest pani emocjonalnie niestabilna.”
Przeczytałam.
Emocjonalnie niestabilna.
Seweryn oddał mojego psa, skłamał o ugryzieniu, przyprowadził swoją matkę, a niestabilna byłam ja.
“Pani Aldona to słyszała?”
“Była obok.”
“I co powiedziała?”
Halina pomilczała.
“Że pani sobie nie radzi. Że przed ślubem nie wolno pani dokładać obciążeń.”
Spojrzałam w dół. Obciążenie leżało przy moich nogach i trzymało mój but.
“Muszę go zabrać.”
“Rozumiem. Ale potrzebuję podstaw. Proszę zadzwonić do weterynarza. Niech potwierdzi, że nie było agresji. Ja sporządzę notatkę z obserwacji. Pani napisze oświadczenie, że przekazanie odbyło się z fałszywymi informacjami i bez pani zgody jako faktycznej opiekunki. Jeśli wszystko się zgodzi, wydam go dziś pod pani odpowiedzialność.”
“Podpiszę.”
“Najpierw pani przeczyta.”
Powiedziała to bez uśmiechu. Zrozumiałam, że się domyśliła: raz już podpisałam, nie czytając.
Zadzwoniłam do doktora Madeja. Prowadził Archiego od lat. Znał jego łapę, alergię na kurczaka, zwyczaj chowania się za mną przed wagą w gabinecie.
“Jagoda?” — powiedział.
“Panie doktorze, przepraszam. Archi jest w schronisku. Seweryn go oddał i napisał, że ugryzł dziecko.”
Pauza była taka, że usłyszałam gdzieś kapiący kran.
“Proszę dać telefon pracownicy.”
Halina rozmawiała z nim kilka minut. Słyszałam: “nigdy”, “spokojny”, “wiekowy”, “dokumentacja”, “wyślę pisemnie”. Archi podniósł głowę na głos doktora i uderzył ogonem o podłogę. Stary, przestraszony, ale głos rozpoznał.
Do tej chwili nie płakałam. Złościłam się, klęłam, trzęsłam się, ale nie płakałam. A wtedy wszystko puściło. Zasłoniłam twarz ręką i rozpłakałam się. Ze smarkami, z rwanym oddechem, bez żadnej godności. Halina bez słowa przesunęła paczkę chusteczek.
“Płacz pani” — powiedziała. “To nie muzeum.”
Napisałam oświadczenie. Czytałam każdą linijkę. Nazwisko, data, imię psa, numer czipa, okoliczności. Ręka mi drżała. Podpis wyszedł krzywy, ale przynajmniej wiedziałam, pod czym go składam.
Doktor wysłał pismo. Halina zrobiła kopie. Potem wyniosła obrożę.
“Pani narzeczony powiedział, że można wyrzucić. Zostawiłam.”
Wzięłam obrożę.
“Proszę założyć sama” — powiedziała.
Zapięłam ją na Archim. Blaszka opadła mu na pierś i cicho zadzwoniła. Potrząsnął głową i uniósł ją trochę wyżej. Może sobie wymyśliłam, ale wydawało mi się, że zrozumiał: do domu.
Do auta nie potrafił wskoczyć sam. Próbowałam go podnieść, a on nie wiedział, gdzie postawić chorą łapę. Zad miał ciężki, kurtka od razu zrobiła się brudna. Klęłam przez zęby:
“No dawaj, Archi, pomóż mi chociaż trochę.”
A on patrzył przepraszająco, jakby to on wszystko urządził.