“Archi jest u nas. W dokumentach przekazał go opiekun.”
“On mieszka ze mną od siedmiu lat. Ja go leczę, karmię, wożę do weterynarza. Kiedy go braliśmy, Seweryn zapłacił opłatę adopcyjną, bo moja karta nie przeszła. Jego wpisali jako opiekuna. Nie wiedziałam.”
Powiedzenie tego na głos było upokarzające. Dorosła kobieta, a nie wiedziała, na kogo jest wpisany jej pies. Ale tak było.
“U nas wpisano agresję” — powiedziała Halina. “Ugryzienie dziecka.”
“On skłamał.”
Pauza.
“Może pani przyjechać teraz?”
“Już jadę.”
“Nie obiecuję, że od razu go wydam. Ale proszę przyjechać.”
“On żyje?”
Sama przestraszyłam się własnego pytania.
Halina odpowiedziała ciszej:
“Żyje. Siedzi osobno. Nie je.”
Pojechałam.
Na dworze padał mokry śnieg. Wycieraczki rozmazywały błoto po szybie, nawigacja dwa razy zgłupiała, minęłam skręt i zaklęłam tak, że potem zrobiło mi się wstyd. Na tylnym siedzeniu leżał koc Archiego, cały w sierści. Zwykle siedział tam, wciskał pysk między fotele i parskał mi w łokieć. Teraz z tyłu była tylko apteczna torebka z tabletkami, które kupiłam rano.
Rano kupiłam mu tabletki. Po południu Seweryn oddał go do schroniska.
Na światłach otworzyłam książeczkę zdrowia. Ostatni wpis doktora Madeja: zwyrodnienie stawów, lek przeciwbólowy, kontrola wagi. Niżej było napisane: “charakter spokojny”. Wpatrywałam się w te dwa słowa. Chciałam wierzyć, że krzywy charakter pisma lekarza okaże się mocniejszy niż równy głos Seweryna.
Pani Aldona napisała:
“Jagodo, Sewerynowi jest teraz bardzo ciężko. Postąpił odpowiedzialnie. Nie niszcz wszystkiego przez swoje przywiązanie.”
Wyciszyłam telefon.
Schronisko stało za miastem, przy drodze i polu. Przy wejściu błoto, worki z karmą pod daszkiem, gumowce przy drzwiach. W środku pachniało chlorem, mokrą sierścią i tanią kawą. Szczekanie szło ze wszystkich stron. Starałam się nie patrzeć na boki. Nie udało się. Wszystkie te pyski za kratami — a ty idziesz tylko po swojego. Od tego robi się niedobrze.
Halina wyszła z biura. Miała około pięćdziesiątki, może więcej. Włosy spięte byle jak, sweter w plamach, czerwone ręce. Spojrzała na mnie, potem na książeczkę.
“Jagoda?”
“Tak.”
“Proszę pokazać.”
Kartkowała książeczkę w milczeniu. Stałam przed jej biurkiem jak uczennica przyłapana na kłamstwie. Na stole były formularze, zszywacz, kubek, otwarta paczka herbatników i leki.
“Książeczka jest u pani.”
“Tak.”
“W bazie jako opiekun widnieje on.”
“Tak.”
“To źle.”
“Wiem.”
Podniosła wzrok.
“Najpierw zobaczy pani psa. Potem będziemy myśleć.”