Następnego ranka Madeleine obudziła się przed świtem.
Nie dlatego, że dobrze spała.
Ponieważ górski chłód przeniknął ją do kości niczym ostrzeżenie.
Otworzyła oczy i zajęło jej kilka sekund, zanim przypomniała sobie, gdzie jest. Dom był niczym więcej niż masą niebieskawych cieni. W kominku nie było nic poza stertą martwych węgli. Łóżko zaskrzypiało, gdy usiadła, a kiedy postawiła bose stopy na podłodze, chłód zaskrzypiał jej nogi niczym lód.
Juliena nie było.
Koc, który rozłożył przy palenisku, był pusty.
Madeleine natychmiast wstała.