Nie ze strachu.
Z przyzwyczajenia.
Z przyzwyczajenia kobiet, które nauczyły się, że o świcie, gdy mężczyzna znika, najlepiej wiedzieć, czy zniknął… czy też coś planuje.
Wzięła szal, owinęła go wokół ramion i wyszła na zewnątrz.
Powietrze szczypało ją w twarz.
Słońce dopiero zaczynało barwić wierzchołki jodeł na pomarańczowo. Wszystko pachniało wilgotną ziemią, starym ogniem, sianem i zimnymi kamieniami. Przed domem znajdowała się zagroda dla kóz, pochylony kurnik, studnia, szopa, a dalej surowa, bezkresna góra.
Julien rąbał drewno w pobliżu świeżo ściętego pnia.
Każde uderzenie siekierą było ostre, precyzyjne, brutalne.
Nie podniósł wzroku, gdy podeszła.
„Jeśli planujesz umrzeć na zapalenie płuc przed śniadaniem” – powiedział – „to przynajmniej zrób to z dala od studni. Nie mam ochoty wyławiać zwłok”.
Madeleine skrzyżowała ramiona na piersi.
„Dzień dobry tobie również, mężu”.
Siekiera zatrzymała się na ułamek sekundy.
Po czym znowu zaczęła.
„Nie nazywaj mnie tak”.
„Jak mam cię nazywać? Pan Blizna? Władca Gór? Bestia z Lasu?”
Wbił siekierę w pień i w końcu na nią spojrzał.
„Julien wystarczy”.
„Dobrze. W takim razie jestem Madeleine. Nie „ta kobieta”, nie „ty”, nie „ta”. Madeleine”.
Nie odpowiedział.
Ale też nie odmówił.
A dla Madeleine to już było małe zwycięstwo.
Wróciła do środka, rozpaliła ogień, przeszukała spiżarnię i skrzywiła się. Mąka, suszona fasola, sól, kawa, kawałek twardego boczku i trzy pomarszczone ziemniaki.
„Tak tu mieszkaliście?” zawołała. Jakbyście kogoś karali?
„Czasami tak” – odpowiedział z zewnątrz.