Nie wiedziała, czy mówi o jedzeniu… czy o życiu.
Usmażyła naleśniki na patelni, odgrzała ziarna i zaparzyła kawę. Kiedy Julien wszedł, postawił drewno przy drzwiach i usiadł na ławce, którą przyniosła poprzedniego dnia.
Stał przez kilka sekund, patrząc na stół.
Dwa talerze.
Dwie filiżanki.
Dwie osoby.
Wyraźnie było widać, że ten prosty widok wydał mu się dziwny.
Madeleine postawiła przed nim śniadanie.
„Niczym się nie zatrułam” – powiedziała.
„Szkoda”.
„Nie nastawiaj się za wcześnie. Jeszcze wcześnie”.
Wziął kawałek naleśnika, spróbował ziaren… i zamarł.
„Co?” – zapytała, wgryzając się w jego. „Nigdy nie jadłeś ciepłego posiłku przed południem?”
Julien powoli przełknął ślinę.
„Smaczne”.
Madeleine uniosła brew.
„No, no. Umiesz mówić”.
Prawie się uśmiechnął.
Prawie.
I to prawie wystarczyło, by poczuł dziwny ucisk w piersi.
Jeszcze nie czułość.
Ale niebezpieczne uczucie, że pod tym całym kamieniem coś wciąż żyje.
Pierwsze trzy dni były cichą wojną.