Madeleine zamiatała, sprzątała, gotowała, cerowała, sprzątała, jakby prowadziła podbój. Julien wychodził o świcie, wracał z drewnem, zwierzyną albo torbami na ramieniu i prawie się nie odzywał.
Ale Madeleine nie należała do osób, które dają się sparaliżować czyimś milczeniem.
I tak do niego przemówiła.
Wciąż zadawała mu pytania.
Wciąż go prowokowała.
„Dlaczego trzymasz zepsute krzesło w szopie?”
„Bo jest zepsute”.
„Dziękuję, Julien. Cóż za poetycka odpowiedź”.
Albo znowu:
„Dlaczego masz siedem różnych kubków, skoro mieszkasz sam?”
„Bo nie zawsze mieszkałem sam”.
Tym razem Madeleine nie pytała o nic więcej.
Bo po tym, jak stwardniała mu szczęka, wiedziała, że właśnie dotknęła czułego punktu.
Prawdziwa kłótnia wybuchła czwartego dnia.
Madeleine poszła do kurnika i zauważyła ślady butów przy tylnym płocie.
Nie należały do Juliena.
Mniejsze. Lżejsze. I świeże.
Pospiesznie wróciła do środka, zdyszana.
Julien czyścił karabin.
„Ktoś przyszedł” – powiedziała.
Nie podniósł wzroku.
„Tak.”
Madeleine zamarła.
„Tak?”
„To nie był pierwszy raz.”
Gniew zapłonął na jej twarzy niczym ogień.
„A dlaczego mi nie powiedziałeś?”
„Nie było to konieczne.”