— Natychmiast USG i badania krwi! — zarządził. — Proszę pani, czy dziewczyna coś brała? Leki? Jakieś substancje?
— Nie. Tylko herbatę, paracetamol… nic więcej.
Valeria ścisnęła moją dłoń z dziwną siłą. Lekarz to zauważył.
— Muszę z nią porozmawiać sam na sam.
— Jestem jej matką.
— Wiem. Ale to ważne.
Valeria potrząsnęła głową, płacząc:
— Nie, proszę.
Wyprowadzono mnie na korytarz. Mój telefon zaczął wibrować. Héctor. Piętnaście nieodebranych połączeń. Potem SMS: „Gdzie jesteście?”. I zaraz kolejny: „Jeśli zrobiłaś tę głupotę i zabrałaś ją do szpitala, pożałujesz tego”. Patrzyłam w ekran i po raz pierwszy nie czułam winy. Czułam obrzydzenie.
Dwadzieścia minut później wyszedł lekarz. Jego twarz nie była już tylko zaniepokojona – była wściekła.
— Pani Marisol, córka wymaga natychmiastowej operacji.
Poczułam, jak uginają się pode mną nogi.
— Operacji? Co jej jest?
— Zaawansowana infekcja. Prawdopodobnie powikłane zapalenie wyrostka. Gdybyście poczekali jeszcze chwilę, to mogło być śmiertelne.
Zakryłam usta dłonią.
— Boże mój…
Lekarz zniżył głos:
— Ale znaleźliśmy też ślady bicia. Niektóre świeże.
Nie zrozumiałam. A może nie chciałam zrozumieć.
— Bicia? Może od upadku?
Nie odpowiedział od razu. I właśnie wtedy, przy recepcji, usłyszałam głos Héctora:
— Jestem jej ojcem. Chcę natychmiast widzieć córkę.
Lekarz spojrzał mi prosto w oczy: