Bo kiedy wczoraj wieczorem siedziałam nad tym chlebem z masłem i próbowałam policzyć, kto jeszcze zna moje imię – lista była przerażająco krótka. Marek, oczywiście. Ale Marek mówi “mamo”.
Synowa Agnieszka mówi “mamo” albo “proszę pani”, zależy od nastroju. Wnuki mówią “babciu”. Lekarz rodzinny mówi “pani Jabłońska”. Listonosz nie mówi nic, wkłada awiza do skrzynki. Sąsiadki, które kiedyś zapraszały na kawę, teraz kiwają głową na klatce schodowej i mówią “dzień dobry”, ale ja nie wiem, czy jeszcze pamiętają, jak mam na imię.
Krystyna. Tak mi dała mamusia. Tata mówił “Krysia”, Roman mówił “Krysiu”, koleżanki z oddziału mówiły “Kryśka”. Teraz te głosy zamilkły. Mama nie żyje od dwunastu lat, tata od dwudziestu, Roman od półtora roku. Koleżanki z oddziału rozsypały się po emeryturach – każda w swoje życie, swoje choroby, swoje wnuki.
Zostałam z kasjerką z Biedronki.
I nie piszę tego z goryczą. Piszę to ze zdumieniem. Bo ta dziewczyna – dowiedziałam się, że ma na imię Patrycja – nie musi tego robić. Mogłaby skanować moje zakupy, podać paragon i powiedzieć “do widzenia” jak do każdego. A ona mówi “pani Krysiu”. Z uśmiechem. Jakby jej zależało, żebym wiedziała, że ktoś mnie widzi.
Dwa tygodnie temu byłam w Biedronce akurat wtedy, kiedy Patrycji nie było na kasie. Stała inna dziewczyna, młodsza, z krótkimi włosami. Pobiła moje zakupy, podała paragon, powiedziała “dziękuję”. Wróciłam do domu i poczułam się gorzej niż zwykle. Dopiero wieczorem zrozumia
łam dlaczego – zabrakło mi tego jednego zdania. “Do jutra, pani Krysiu.” Trzech słów, które znaczyły: istniejesz.
To jest chyba najtrudniejsze w samotności po śmierci kogoś bliskiego. Nie brak rozmów – bo rozmowy mogę prowadzić z telewizorem. Nie brak dotyku – choć tego też brakuje. Ale brak bycia nazwaną.
Brak imienia w czyichś ustach. Człowiek bez imienia staje się cieniem. Chodzi po sklepach, siedzi w poczekalniach, jedzie autobusem – i nikt nie wie, że to jest Krystyna, sześćdziesiąt siedem lat, pielęgniarka z czterdziestoletnim stażem, żona Romana, matka Marka.
Wczoraj, po tej kolacji, po tym odkryciu nad chlebem z masłem, zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy. Zadzwoniłam do Wandy z parteru. Tej od rosołu w słoiku. Odebrała po trzecim sygnale. W tle było słychać telewizor.
– Wanda, tu Krystyna z czwartego. Przepraszam, że dzwonię tak późno.