Cisza. Potem:
– Krysia? Matko Boska, Krysia, myślałam, że ty… Jak się czujesz? Co się stało?
– Nic się nie stało – powiedziałam. – Chciałam zapytać, czy jutro mogłabyś wpaść na kawę.
Znowu cisza. A potem Wanda powiedziała cicho:
– Krysiu, ja od roku chcę wpaść na tę kawę.
Rozłączyłyśmy się i siedziałam na kanapie, ściskając telefon tak mocno, że palce mi zbiałały. Nie płakałam. Ale coś mi się rozluźniło w klatce piersiowej, coś, co było zaciśnięte tak długo, że zapomniałam, jak jest bez tego.
Dziś rano poszłam do Biedronki jak zwykle. Kupiłam chleb, mleko, jabłko – i paczkę ciastek maślanych, bo Wanda przychodzi o trzeciej. Patrycja siedziała na kasie, z tym swoim warkoczem i dołeczkami.
– Do jutra, pani Krysiu! – powiedziała, podając mi paragon.
Tym razem nie wzięłam paragonu od razu. Zatrzymałam się na sekundę.
– Do jutra, Patrycjo – odpowiedziałam.
Widziałam, że się ucieszyła. Drobna rzecz – ktoś użył jej imienia, tak jak ona używała mojego. Wyszłam na słońce z reklamówką w ręce i pomyślałam, że może od tego się zaczyna. Od tego, żeby powiedzieć komuś po imieniu. Od ciastek maślanych kupionych nie tylko dla siebie.
Roman by zrozumiał. Zawsze powtarzał, że z ludźmi trzeba rozmawiać, nawet kiedy się nie chce, bo cisza jest jak mróz – najpierw ziębi, potem zamraża, a na końcu nie czujesz już nic.
Miał rację. Jak zwykle.