Od trzech lat co miesiąc przelewam synowej 850 złotych na dodatkowe zajęcia dla Zosi. W kwietniu zapytałam Zosię, jak jej idzie na gimnastyce. Powiedziała, że nigdy na żadną gimnastykę nie chodziła
W kwietniu pojechałam do nich na Wielkanoc. Po śniadaniu Tomek poszedł do garażu, Agnieszka obierała jabłka na szarlotkę, a ja siedziałam z Zosią w jej pokoju. Rysowała konia – niebieskiego, z różową grzywą. I wtedy zapytałam, po prostu tak, żeby coś powiedzieć: Zosiu, a jak ci idzie na gimnastyce? Robisz już gwiazdy?
Zosia podniosła głowę znad kartki i popatrzyła na mnie tak, jak patrzą dzieci, kiedy dorosły mówi coś dziwnego.
– Babciu, jaka gimnastyka?
Zaśmiałam się. Pomyślałam, że może mówią na to inaczej, że teraz się to jakoś nowocześnie nazywa.
– No, te zajęcia, na które chodzisz. Na Słonecznym, w tej szkółce.
Zosia pokręciła głową.
– Nigdzie nie chodzę, babciu. Po szkole to ja idę do świetlicy, a potem mama mnie zabiera.
Cały świat się na moment zatrzymał. Słyszałam, jak Agnieszka za ścianą kroi jabłka na desce, miarowo, spokojnie. Tuk, tuk, tuk. Jak gdyby nic.
Trzydzieści tysięcy sześćset złotych.
Nie powiedziałam Zosi ani słowa więcej. Pogłaskałam ją po głowie, pochwaliłam konia z różową grzywą i wróciłam do kuchni. Agnieszka stała przy blacie, posypywała jabłka cynamonem. Uśmiechnęła się do mnie. Normalnie. Tak samo jak przez ostatnie trzy lata.
A ja na nią patrzyłam i widziałam te trzydzieści sześć przelewów. Każdy trzeciego. Każdy z tym samym tytułem. Zosia – gimnastyka. Zosia – gimnastyka. Zosia – gimnastyka.
Nie powiedziałam nic przy wielkanocnym stole. Siedzieliśmy we czwórkę, Tomek opowiadał o jakimś remoncie w firmie, Zosia jadła mazurek i dostawała czekolady na brodę, Agnieszka nakładała Tomkowi sałatkę i pytała, czy dolać herbaty. Normalnie. Rodzinnie. Święta jak święta.
Wieczorem, już w domu, usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam historię przelewów na telefonie. Przewijałam w dół. Styczeń. Grudzień. Listopad. Październik. Wstecz, wstecz, wstecz, aż do tego pierwszego, sprzed trzech lat. Wszystkie na to samo konto. Wszystkie z tym samym tytułem.
Pomyślałam: może Zosia zapomniała. Może chodziła i rzuciła, a Agnieszka zapisała ją na coś innego. Może jest jakieś wytłumaczenie, którego nie widzę. Bo tak robi głowa, kiedy nie chce przyjąć oczywistego. Szuka wyjścia, którego nie ma.